— Mówiłam o paniach, uśmiechających się do panów, a ostatnimi czasy tyle uśmiechów spłynęło do oczu pana Rochestera, że te aż się przelewają, jak dwie przepełnione filiżanki. Czy ty tego nie zauważyłaś?

— Pan Rochester ma prawo cieszyć się towarzystwem gości.

— Nikt mu nie zaprzecza tego prawa, ale czy nie zauważyłaś, że wśród wszystkich tutaj pogłosek o małżeństwie, o nikim tak żywo i stale nie mówi się jak o panu Rochesterze?

— „Chętne ucho słuchacza podnieca język opowiadającego”.

Powiedziałam to raczej do samej siebie niż do Cyganki, której dziwna mowa, zachowanie się i głos, zdołały mnie tymczasem oszołomić, jakby to był rodzaj snu. Jedno po drugim padały z jej ust niespodziewane zdania, aż omotała mnie siecią jakiejś tajemniczej zagadkowości. Nie pojmowałam, co za duch niewidzialny pilnował serca mojego, z dnia na dzień śledząc jego bicie, notując każde uderzenie tętna.

— Chętne ucho słuchacza! — powtórzyła — tak jest, pan Rochester godzinami przesiadywał z uchem nachylonym ku uroczym ustom, które z taką rozkoszą mówiły i mówiły. I pan Rochester tak chętnie przyjmował miodowe słówka, i taki wdzięczny za nie się wydawał. Czyś to zauważyła?

— Wdzięczny? Nie przypominam sobie, bym wdzięczność była odkryła w jego twarzy.

— Odkryła! A zatem zastanawiałaś się, badałaś. I cóż odkryłaś, jeżeli nie wdzięczność?

Nie odpowiedziałam.

— Widziałaś miłość, nieprawdaż? I patrząc w przyszłość, widziałaś go żonatego, a jego żonę szczęśliwą?