— Hm... Niezupełnie. Wasza wróżbiarska mądrość myli się niekiedy.

— A więc cóż ty, u diabła, widziałaś?

— Mniejsza z tym. Przyszłam tutaj, ażeby pytać, a nie by się spowiadać. Czy to wiadomo, że pan Rochester ma się ożenić?

— Tak jest, z piękną panną Ingram.

— Czy wkrótce?

— Sądząc z pozorów, tak należy wnioskować. I z największą pewnością (choć ty w swym zuchwalstwie zdajesz się w to wątpić) będzie z nich jak najszczęśliwsza para. On musi kochać taką piękną, szlachetną, dowcipną, wykształconą kobietę. I ona go prawdopodobnie kocha. A jeżeli nie jego osobę, to przynajmniej jego sakiewkę. Wiem, że uważa Rochestera z jego dobrami za pierwszorzędną partię, chociaż (niech mi to Bóg przebaczy!) z godzinę temu powiedziałam jej w tej kwestii coś, wobec czego dziwnie spoważniała. Kąciki jej ust opadły o pół cala. Radziłabym jej czarnemu konkurentowi mieć się na baczności. Jeśli się zjawi inny, z dłuższym czy czystszym wykazem dochodów, pana Rochestera czeka koszyk190...

— Ależ, matko, ja nie przyszłam tutaj słuchać wróżb o przyszłości pana Rochestera. Przyszłam dowiedzieć się czegoś o mojej własnej. A dotąd nic mi o tym nie powiedzieliście.

— Twój los w przyszłości jest jeszcze wątpliwy. Badałam twoją twarz: jeden rys w niej przeczy drugiemu. Los odmierzył dla ciebie wielką miarę szczęścia, to wiem. Wiedziałam to, zanim tu przyszłam dziś wieczór. Odłożył ją starannie po jednej stronie dla ciebie. Widziałam, jak to czynił. Od ciebie tylko zależy wyciągnąć rękę i wziąć, co ci przeznaczone, ale czy ty to uczynisz, oto zagadka do rozwiązania. Uklęknij jeszcze raz.

— Nie każcie mi klęczeć długo, ogień mnie piecze.

Uklękłam. Nie nachyliła się ku mnie, patrzyła tylko, oparta w fotelu. Zaczęła szeptać: