— Wobec pań musiał pan dobrze grać.

— A z tobą nie?

— Ze mną nie grał pan roli Cyganki.

— Jakąż więc rolę grałem? Czy własną?

— Nie, jakąś niewyraźną. Krótko mówiąc, myślę, że pan chciał ze mnie coś wydobyć albo mnie na coś naciągnąć. Prawił pan niedorzeczności, żeby mnie na niedorzeczności namówić. To niezbyt ładnie, łaskawy panie.

— Przebaczysz mi to, panno Jane?

— Nie wiem, dopóki się nad tym wszystkim nie zastanowię. Jeżeli, po namyśle, przekonam się, że nie naplotłam jakichś wielkich głupstw, będę się starała przebaczyć panu. Ale to nie było słusznie ze strony pana.

— Ach, zachowałaś się bardzo właściwie, bardzo ostrożnie, bardzo rozsądnie.

Zastanowiłam się i doszłam do przekonania, że ogółem biorąc, tak też i było. Pocieszyło mnie to, ale bo też uważałam i byłam ostrożna od samego początku rozmowy. Podejrzewałam jakąś maskaradę. Wiedziałam, że Cyganki i wróżbiarki nie wyrażają się w ten sposób, jak ta rzekoma stara baba. Przy tym zauważyłam, że mówi sztucznie zmienionym głosem i że starannie twarz ukrywa. Myśl moja jednakże krążyła dokoła Grace Poole, tej żyjącej zagadki, tej tajemniczej dla mnie istoty. Nie pomyślałam nawet o panu Rochesterze.

— Nad czym to panna Jane duma? — zapytał. — Co oznacza ten poważny uśmiech?