— Zdziwienie i zadowolenie z siebie. Pozwoli mi pan teraz usunąć się, nieprawdaż?

— Nie, jeszcze chwilę. Powiedz mi, co tam ludzie robią w salonie?

— Przypuszczam, że rozprawiają o Cygance.

— Usiądź! Powiedz mi, co o mnie mówili.

— Lepiej, żebym się już nie zatrzymywała, musi być blisko jedenastej. Ach, ale czy też pan wie, że obcy jakiś gość przybył tu podczas nieobecności pańskiej?

— Obcy gość? Nie, któż to być może? Ja nie oczekiwałem nikogo. Czy odjechał?

— Nie, powiedział, że zna pana od dawna i że może sobie pozwolić zainstalować się tutaj aż do pańskiego powrotu.

— A niechże go licho! Tak powiedział?! Czy podał swoje nazwisko?

— Jego nazwisko brzmi Mason, panie, a przybywa z Indii Zachodnich, zdaje mi się, że z Spanish Town na Jamajce.

Pan Rochester stał przy mnie. Ujął był moją rękę z zamiarem poprowadzenia mnie do krzesła. Gdym mówiła, ścisnął mi tę rękę konwulsyjnie, a uśmiech na ustach jego zamarł, jak gdyby skurcz zatamował mu oddech.