— Czy panna Jane wstała? — zapytał głos, którego się spodziewałam, głos pana Rochestera.

— Tak, panie.

— I jest ubrana?

— Tak .

— Więc proszę wyjść, ale spokojnie.

Usłuchałam. Pan Rochester stał na korytarzu, trzymając świecę.

— Jesteś mi potrzebna — rzekł — pójdź tędy, ale nie śpiesz się i nie rób hałasu.

Miałam na nogach cienkie pantofle, mogłam więc stąpać po chodniku cicho jak kot. Pan Rochester szedł wzdłuż korytarza i po schodach, aż w końcu zatrzymał się w niskim, ciemnym korytarzu nieszczęsnego trzeciego piętra. Ja szłam za nim i stanęłam przy jego boku.

— Czy nie masz gąbki w swoim pokoju? — zapytał szeptem.

— Mam, owszem.