— A sole... Sole trzeźwiące?

— I te mam także.

— Więc wracaj i przynieś jedno i drugie.

Poszłam, zabrałam oba przedmioty i powróciłam. Pan Rochester czekał, trzymał w ręku klucz. Zbliżywszy się do jednych z tych małych, czarnych drzwi, wsunął go w zamek. Zatrzymał się jednak i znów zwrócił się do mnie:

— Czy nie zrobi ci się słabo na widok krwi?

— Sądzę, że nie, jednak nie byłam dotąd nigdy wystawiona w tym na próbę.

Uczułam dreszcz, gdy to mówiłam, nie zrobiło mi się jednak ani zimno, ani słabo.

— Pokaż mi rękę — rzekł — nie możemy ryzykować omdlenia.

Podałam mu rękę.

— Ciepła i spokojna — zauważył.