„Kiedyż on wróci? Kiedyż on wróci?” — wołałam w głębi duszy, gdy noc się przeciągała, a mój krwawiący pacjent słabł, wzdychał i jęczał. A tu ani dzień nie nadchodził, ani pomoc nie przybywała. Już kilka razy przysuwałam szklankę z wodą do zbielałych warg Masona, raz po raz podawałam mu sole trzeźwiące. Wysiłki moje wydawały się jednak bezskuteczne. Czy to cierpienie fizyczne czy moralne, czy też utrata krwi sprawiły — czy wszystko to razem — dość, że siły jego wyczerpywały się prędko. Jęczał i wyglądał tak słabo, zagubiony i bezwładny, że obawiałam się, iż umiera, a nawet mówić do niego nie było mi wolno.
Świeca, wypalona do końca, zgasła nareszcie. Ujrzałam wtedy smugi szarego światła po brzegach story, świtało. Zaraz też usłyszałam szczekanie Pilota w odległej budzie na podwórzu i odżyła we mnie nadzieja. Nie na darmo, w pięć minut później zgrzyt klucza i lekkie skrzypnięcie drzwi obwieściły kres mego czuwania. Nie mogło ono trwać więcej niż dwie godziny, a jednak zdawało mi się, że okres kilku tygodni nie dłużyłby się bardziej.
Pan Rochester wszedł do pokoju, a z nim chirurg, po którego pojechał.
— A teraz, Carter, śpiesz się — zwrócił się pan Rochester do chirurga. — Daję ci tylko pół godziny na opatrzenie rany, założenie bandaży, sprowadzenie pacjenta na dół i wszystko.
— Czy jednak będzie go można ruszyć?
— Bez wątpienia, to nic poważnego. Jest zdenerwowany, trzeba w nim podtrzymać ducha. Dalej, bierz się do roboty.
Pan Rochester odsunął ciężką portierę, podniósł płócienną storę i wpuścił, ile było można, dziennego światła. Zdziwiłam się i ucieszyłam, widząc, jak świt się posunął, a różowe pręgi zaczynają rozświecać wschód nieba. Następnie pan Rochester zbliżył się do Masona, którego już chirurg wziął w obroty.
— No i cóż, mój poczciwcze, jak się czujesz? — zapytał.
— Zamordowała mnie, lękam się — brzmiała słaba odpowiedź.
— Nic podobnego! Nie traćże odwagi! Od dziś za dwa tygodnie śladu po tym nie będzie. Straciłeś trochę krwi i to wszystko. Carter, zapewnij go, że nie ma niebezpieczeństwa.