— Mogę to sumiennie uczynić — powiedział Carter, który tymczasem rozwinął bandaże. — Tylko żałuję, że nie mogłem być tu trochę wcześniej, nie byłby tak bardzo krwawił... Ale co to? Ciało na ramieniu jest rozszarpane, nie tylko przecięte. To nie jest rana zadana nożem, tu były zęby w robocie!
— Ugryzła mnie — szepnął pacjent. — Szarpała mnie jak tygrysica, gdy Rochester wydarł jej nóż.
— Nie powinieneś był ustępować, powinieneś był od razu z nią walczyć — powiedział pan Rochester.
— Ale w tych warunkach cóż można było zrobić? — odparł Mason. — Ach, to było straszne! — dodał, wstrząsając się. — A ja się tego nie spodziewałem, taka się z początku wydawała spokojna!
— Przestrzegałem cię — odpowiedział jego przyjaciel — mówiłem: strzeż się, gdy się do niej będziesz zbliżał. Zresztą mogłeś był zaczekać do jutra i pójść tam razem ze mną. To było czyste szaleństwo urządzać te odwiedziny dziś w nocy i to samemu.
— Myślałem, że będę mógł jakiś wpływ dobry wywrzeć.
— Myślałeś! Myślałeś! Doprawdy, gdy cię słucham, tracę cierpliwość. Przy tym wszystkim ucierpiałeś i jeszcze pewnie dosyć będziesz cierpiał przez to, żeś nie posłuchał mej rady, więc już nic więcej nie powiem. Carter... Spiesz się! Spiesz się! Słońce wzejdzie niedługo, a ja go muszę stąd wyprawić.
— Zaraz, panie, ramię już obandażowałem. Teraz muszę opatrzyć tę drugą ranę na przedramieniu. I tu, zdaje mi się, pracowały jej zęby.
— Ssała krew, powiedziała, że wyssie ze mnie serce — szepnął Mason.
Widziałam, jak się pan Rochester wzdrygnął. Dziwnie mocny wyraz wstrętu, obrzydzenia i nienawiści wykrzywił jego twarz. Powiedział jednak tylko: