Pan Rochester nie ruszał się z przełazu, a ja nie śmiałam go prosić, żeby mnie przepuścił. Zapytałam go, czy był w Londynie.

— Owszem, ale to zapewne w jasnowidzeniu ktoś się o tym dowiedział.

— Pani Fairfax pisała mi o tym.

— I napisała także, po co pojechałem?

— O tak, panie! Wszyscy wiedzą, jaki pan tam miał interes.

— Musisz zobaczyć powóz, panno Jane, i musisz mi powiedzieć, czy uważasz, że będzie się podobał pani Rochester i czy nie będzie wyglądała jak królowa Boadicea207, oparta o te purpurowe poduszki. Chciałbym, panno Jane, zewnętrznie trochę więcej z nią harmonizować... Powiedz mi, jesteś przecież wróżką, czy nie możesz mi dać jakiego czarodziejskiego środka, napoju, cudownego ziela czy czegoś w tym rodzaju, żeby ze mnie zrobić przystojnego mężczyznę?

— Na to magia nie ma środka, panie — odpowiedziałam, dodając w myśli: „Kochające oczy posiadają ten czar i dla takich oczu jesteś wystarczająco urodziwy, a surowość twej twarzy ma większą moc niż uroda”.

Pan Rochester odczytywał niekiedy moje niewypowiadane myśli z trafnością dla mnie niezrozumiałą. W tym wypadku pominął moją ustną odpowiedź, tylko uśmiechnął się do mnie takim sobie właściwym uśmiechem, który się rzadko u niego pojawiał. Rzadko — w zwyczajnych okolicznościach. Była w tym uśmiechu cała słoneczność uczucia, ogarnął mnie nią teraz.

— Przejdź, panno Jane — rzekł, robiąc mi miejsce do przejścia przez przełaz — idź do domu i niech odpoczną twoje zdrożone nóżki u przyjacielskiego progu.

Pozostawało mi tylko usłuchać go w milczeniu, zbyteczna była dalsza rozmowa. W milczeniu przeszłam przez przełaz i zamierzałam opuścić go spokojnie. Coś mnie jednak powstrzymało, jakaś siła zniewoliła mnie, żeby stanąć i obejrzeć się. Powiedziałam — czy też uczucie, którego nie mogłam opanować, przemówiło mimo mej woli: