— Dziękuję panu, panie Rochester, za wielką dobroć. Dziwnie jestem rada, że wracam znowu do pana, a gdziekolwiek pan jest, tam jest mój dom, mój jedyny dom.

Oddaliłam się tak szybko, że nawet gdyby chciał, byłoby mu trudno mnie dogonić. Adela, ujrzawszy mnie, po prostu oszalała z radości. Pani Fairfax przyjęła mnie ze zwykłym przyjacielskim spokojem. Leah uśmiechnęła się, nawet Sophie z radością powiedziała mi „Bonsoir208. Wszystko to było bardzo miłe — nic tak nie uszczęśliwia człowieka, jak poczucie, że się jest kochanym przez bliźnich i że obecnością swoją sprawia się im przyjemność.

Tego wieczora stanowczo odwróciłam oczy od przyszłości, zatkałam uszy, nie chcąc słyszeć głosu, który przypominał mi o bliskim rozstaniu i zbliżającym się cierpieniu. Po herbacie, gdy pani Fairfax zabrała się do swojej robótki, ja zajęłam niskie siedzenie obok niej, a Adela, klęcząc na dywanie, przytuliła się do mnie, uczucie wzajemnego przywiązania otoczyło nas pierścieniem złotego spokoju. Modliłam się w duchu, by nas nic prędko nie rozłączyło, ale gdy na to niespodziewanie wszedł pan Rochester i patrząc na nas, zdawał się znajdować przyjemność w widoku tak przyjacielskiego gronka, gdy powiedział, że teraz zapewne pani Fairfax będzie kontenta, mając z powrotem adoptowaną córeczkę przy sobie, gdy dodał, że widzi, iż Adela jest „prête à croquer sa petite maman anglaise209, zbudziła się we mnie wątła nadzieja, że przecież może nawet po ślubie zatrzyma nas jakoś razem pod osłoną swojej opieki, niezupełnie wygnane ze słonecznej jego obecności.

Po moim powrocie do Thornfield Hall nastąpiły dwa tygodnie spokoju. Nic się nie słyszało o małżeństwie pana i nie robiono żadnych przygotowań w tym celu. Prawie codziennie pytałam panią Fairfax, czy nie słyszała o jakiejś decyzji. Odpowiadała stale przecząco. Raz powiedziała mi, że zapytała pana Rochestera, kiedy zamyśla przywieźć młodą panią do domu, lecz on odpowiedział jej tylko żartem i zagadkowym spojrzeniem, tak że nie wiedziała, jak ma go rozumieć.

Jedna rzecz szczególnie mnie zdziwiła, a mianowicie to, że nikt z rodziny Ingramów nie przyjeżdżał do Thornfield ani też pan Rochester nie składał wizyt w Ingram Park. To prawda, że odległość wynosiła dwadzieścia mil, bo Ingram Park leżało na pograniczu innego hrabstwa. Ale czym była taka odległość dla gorąco zakochanego? Dla tak sprawnego i niezmordowanego jeźdźca, jak pan Rochester, stanowiłoby to spacer przedpołudniowy. Budziła się we mnie nadzieja, do jakiej nie miałam prawa: a nuż małżeństwo zerwane? A nuż mylił się głos ogółu? A nuż rozmyśliła się jedna albo druga strona? Przyglądałam się twarzy pana Rochestera, chcąc z niej wyczytać, czy smutny jest czy gniewny? Nie pamiętam jednak takiego okresu, kiedy by twarz ta tak jednolicie wolna była od chmur wszelkich uczuć niedobrych. Jeżeli w chwilach, które wraz z moją uczenniczką z nim spędzaliśmy, zapadałam w przygnębienie, on stawał się nawet wesoły. Nigdy jeszcze tak często nie szukał mego towarzystwa, nigdy nie okazywał mi tyle dobroci. A ja, niestety, nigdy go jeszcze tak bardzo nie kochałam jak teraz.

Rozdział XXIII

Wspaniałe, wczesne lato zaświeciło nad Anglią. Niebo tak czyste, słońce tak promienne, jak się je wtedy widziało w długim szeregu dni, rzadko kiedy nawet przez dzień jeden uszczęśliwia naszą falami otoczoną krainę. Było tak, jak gdyby gromadka dni włoskich nadleciała z południa i niby stado wspaniałych, przelotnych ptaków przysiadła odpocząć na skałach Albionu210. Zwieziono siano, pola dokoła Thornfield zieleniły się bujnie, drogi pobielały, spieczone słońcem, drzewa pokrył ciemny liść w pełnym rozkwicie, żywopłoty i lasy głęboką barwą listowia odbijały od słonecznego tonu skoszonych łąk.

Pewnego upalnego dnia Adela, znużona zbieraniem przez pół dnia dzikich malin na drodze do Hay, poszła spać razem ze słońcem. Pilnowałam jej, dopóki nie usnęła, a potem wyszłam do ogrodu.

Była to najmilsza godzina z dwudziestu czterech w ciągu doby. „Dzień gorące ognie strwonił”, a chłodna rosa opadała na spragnione równiny i spieczone szczyty. Tam, gdzie słońce zaszło, wolne od przepychu chmur, roztaczała się purpura, płonąc jak krwawy klejnot lub rozżarzony ogień na szczycie jednego wzgórza i sięgając kolejnych w coraz łagodniejszych tonach poprzez połowę nieba. Wschód miał też swój własny urok pięknego, głębokiego szafiru i własny, skromny klejnot — wschodzącą, pojedynczą gwiazdę. Niebawem miał się poszczycić księżycem, ale ten tymczasem był jeszcze poniżej widnokręgu.

Przechadzałam się czas jakiś po chodniku, gdy nagle delikatna, dobrze znajoma woń — woń cygara — zaleciała mnie z jednego z okien. Zobaczyłam, że szyba w bibliotece jest nieco uchylona. Wiedziałam, że stamtąd mogę być widziana, toteż przeszłam do sadu. Żaden zakątek w ogrodzie nie był tak zaciszny, tak rajski, jak ten — pełen był drzew i rozkwitłych kwiatów, z jednej strony bardzo wysoki mur odgradzał go od podwórza, z drugiej aleja bukowa osłaniała od drogi. Na końcu znajdował się płot nad rowem, jedyna przegroda od pustych pól. Wijąca się ścieżka, obsadzona krzewami, a kończąca się olbrzymim kasztanem z okalającą go ławeczką, prowadziła do płotu i rowu. Tutaj mogłam spacerować niewidziana. Wzruszona pięknem wieczoru, osiadającą rosą i ciszą, czułam, że w tym zakątku mogłabym przebywać wiecznie. Gdy jednak zaczęłam krążyć po kwiatowo-owocowej górnej części ogrodu, dokąd zwabiło mnie bardziej widoczne w tej wolnej przestrzeni światło księżyca, nagle wstrzymał moje kroki — nie odgłos żaden, nie widok — lecz znowu zapach ostrzegawczy. Dziki bez, akacje, jaśmin, goździki i róże od dawna już składały wieczorną ofiarę kadzidła, lecz tego nowego zapachu nie wydaje ani krzew, ani kwiat... Jest to — znam je dobrze — cygaro pana Rochestera. Oglądam się dokoła i słucham. Widzę drzewa, obarczone dojrzewającymi owocami. Słyszę słowika, śpiewającego w pobliskim lasku. Nie widać żadnej poruszającej się postaci, nie słychać przybliżających się kroków. Jednakże zapach staje się silniejszy, muszę uciekać. Zmierzam do furtki, prowadzącej w gąszcz krzewów, i widzę, że wchodzi pan Rochester. Chronię się do bluszczowej altanki. „Przecież — myślę sobie — on długo zatrzymywać się tu nie będzie. Wróci niebawem tam, skąd przyszedł, a jeśli będę siedziała cicho, nie zobaczy mnie chyba”.