— Tak ci jest żal Thornfield porzucać?

Gwałtowność wzruszenia, pobudzona żalem i miłością, zbuntowała się we mnie, zażądała władzy, pełni lotu, prawa do życia, wzniesienia się i zapanowania nareszcie — tak, domagała się prawa głosu.

— Żal mi porzucać Thornfield. Kocham Thornfield, kocham, gdyż tu żyłam życiem pełnym i błogim, chwilowo przynajmniej. Nikt mnie deptał. Nikt nie zmuszał do zaskorupiania się w sobie. Nie pogrzebano mnie z niższymi duszami, nie wykluczono od przestawania z tym, co jasne, energiczne i wysokie. Żyłam z tym, co czczę, co nad wszystko przenoszę. Rozmawiałam z oryginalnym, potężnym, pozbawionym wszelkiej ciasnoty duchem. Poznałam pana, panie Rochester. Przerażenie i męka przejmuje mnie na myśl, że koniecznie oderwać się muszę od pana na zawsze. Widzę konieczność mojego wyjazdu i jest mi tak, jak gdybym patrzyła na konieczność śmierci.

— W czym widzisz tę konieczność? — zapytał nagle.

— W czym? Pan sam ją przede mną postawił.

— W jakiej postaci?

— W postaci panny Ingram, szlachetnej i pięknej kobiety, pańskiej narzeczonej.

— Mojej narzeczonej! Jakiej narzeczonej? Ja nie mam narzeczonej.

— Ale będzie ją pan miał.

— Tak jest, będę ją miał!... Będę! — zaciął zęby.