— Więc też ja muszę odejść, sam pan to powiedział.
— Nie, musisz pozostać! Przysięgam — i tej przysięgi dotrzymam.
— A ja mówię panu, że muszę odejść! — zawołałam z uniesieniem. — Czy pan sobie wyobraża, że ja tu potrafię pozostać, stając się dla pana niczym? Czy pan mnie uważa za bezduszny automat, za maszynę bez czucia? Sądzi pan, że potrafiłabym znieść, gdyby mi mój kęs chleba wydzierano od ust i kroplę żywej wody wytrącano z czary? Ponieważ jestem biedna, nieznana, nieładna i mała, myśli pan, że i duszy we mnie nie ma ani serca? O, jak się pan myli! Mam duszę, jak i pan, i takież serce! Nie zwracam się teraz do pana tak, jakby nakazywał zwyczaj czy konwenans światowy, ale jak wolny duch do wolnego ducha, tak jak gdybyśmy, przeszedłszy przez śmierć i przez grób, stali przed Bogiem równi, bo i równi przecież jesteśmy!
— Równi jesteśmy? — powtórzył pan Rochester. — O, tak — dodał, obejmując mnie ramionami, przygarniając do piersi i przyciskając usta do moich ust. — Tak, Jane!
— Tak, panie — odpowiedziałam — a jednak nie tak, gdyż pan jest człowiekiem żonatym... Czy tak jakby żonatym. I to z kobietą niższą od pana, z którą pan nie ma nic wspólnego, którą nie wierzę, by pan kochał prawdziwie, gdyż widziałam i słyszałam, jak pan z niej drwił. Ja bym wzgardziła takim związkiem, dlatego uważam się za lepszą od pana. Niech mnie pan puści!
— Dokąd się wybierasz, Jane? Czy do Irlandii?
— Tak, do Irlandii. Wypowiedziałam to, co mam na sercu, a teraz mogę się udać gdziekolwiek.
— Jane, uspokój się. Nie wyrywaj się jak dziki, oszalały ptak, który łamie własne pióra, miotając się w sieci.
— Nie jestem ptakiem, żadna sieć mnie nie więzi. Jestem wolną, ludzką istotą o niezależnej woli, a ta wola posłuży mi do opuszczenia pana.
Jeszcze jednym wysiłkiem uwolniłam się z jego objęć i stałam przed nim wyprostowana.