— Niechże twoja wola decyduje o twoim losie — powiedział. — Ofiaruję ci rękę swoją, serce i udział we wszystkim, co posiadam.
— Gra pan farsę, z której ja się tylko śmieję.
— Proszę ciebie, byś spędziła życie przy moim boku, byś była drugim moim ja, moim najlepszym towarzyszem na ziemi.
— Do tej roli już pan uczynił wybór i musi przy nim pozostać.
— Jane, ucisz się na chwilę, jesteś nadmiernie rozdrażniona. I ja także będę milczał.
Powiew wiatru przeleciał wzdłuż ścieżki, zatrząsł gałęźmi kasztana i odleciał precz, w nieokreśloną dal, gdzie zamarł. Śpiew słowika był jedynym głosem rozlegającym się o tej godzinie. Słuchając go, rozpłakałam się znowu. Pan Rochester siedział spokojnie, patrząc na mnie łagodnie i poważnie. Jakiś czas upłynął, zanim przemówił. Na koniec rzekł:
— Usiądź tu przy mnie, Jane. Wytłumaczymy sobie wszystko i zrozumiemy się wzajemnie.
— Ja już nigdy przy panu nie usiądę, oderwałam się i nie mogę powrócić.
— Ależ, Jane, ja ciebie proszę, zechciej być moją żoną. Ja tylko z tobą zamierzam się ożenić.
Milczałam. Myślałam, że żartuje ze mnie.