— Przyjdź, Jane, przyjdź tu bliżej.

— Narzeczona pańska stoi między nami.

Wstał i jednym susem znalazł się przy mnie.

— Tu jest moja narzeczona — rzekł, przyciskając mnie znów do siebie — Ponieważ tu jest człowiek mi równy, człowiek mi podobny. Jane, chcesz być moją żoną?

Ja wciąż jeszcze nie odpowiadałam, wciąż jeszcze wyrywałam się z jego objęcia, gdyż nie dowierzałam mu nadal.

— Czy powątpiewasz o mnie, Jane?

— Tak, panie.

— Nie wierzysz mi?

— Ani trochę.

— Czyż ja jestem kłamcą w twoich oczach? — zawołał namiętnie. — Ty mała sceptyczko, ja ciebie muszę przekonać. Jakąż ja miłość odczuwam dla panny Ingram? Żadnej. I ty o tym wiesz. Jakąż miłość ma ona dla mnie? Żadnej, przekonałem się o tym. Postarałem się, by doszła ją pogłoska, że mój majątek nie wynosi nawet trzeciej części tego, co przypuszczają, a potem stawiłem się przed nią, by stwierdzić rezultat. Spotkało mnie oziębłe przyjęcie ze strony jej i jej matki. Nie chciałbym, nie mógłbym ożenić się z panną Ingram. Ty... Ty dziwne, ty prawie nieziemskie stworzenie! Ciebie kocham jak własną duszę. Ciebie, biedną i nieznaną, małą i nieładną, bo taką jesteś. Ciebie błagam, byś przyjęła mnie za męża.