Skończywszy pieśń, wstał od fortepianu i szedł ku mnie. Ujrzałam twarz jego płonącą, błyszczące, sokole oczy, namiętną tkliwość w każdym rysie twarzy. Przelękłam się na chwilę, ale wnet nabrałam odwagi. Nie chciałam czułej sceny, nie chciałam demonstracyjnych wylewów uczucia, a przecież to mi groziło. Należało przygotować jakąś broń odporną. Wyostrzyłam dowcip. Gdy zbliżył się do mnie, zapytałam cierpko:

— Kogoż to pan Rochester zamierza wziąć za żonę?

— To bardzo dziwne pytanie z ust mojej ukochanej Jane!

— Doprawdy! A ja sądzę, że bardzo naturalne, a nawet konieczne. Mówił pan o swojej przyszłej żonie jako umierającej z nim razem. Co znaczy taki pogański pomysł? Ja wcale nie mam zamiaru umierać z panem razem, proszę o tym wiedzieć.

— Ach, przecież ja tylko pragnę, ja tylko modlę się o to, byś ty mogła żyć razem ze mną! Śmierć nie jest dla takich jak ty!

— Owszem, jest dla takich jak ja. Mam równie dobre prawo umrzeć, gdy przyjdzie moja godzina, jak pan je ma. Ale ja chcę doczekać swojej pory, nie mam zamiaru umierać jak indyjska wdowa na stosie!

— Czy przebaczysz mi tę myśl egoistyczną, czy dowiedziesz przebaczenia pocałunkiem na zgodę?

— Nie, przepraszam, ale wolę nie.

Tu usłyszałam, że jestem „stworzonkiem bez serca” i dowiedziałam się, że „inna kobieta zmiękłaby jak wosk, słysząc takie strofy, wyśpiewane na jej cześć”.

Zapewniłam go, że jestem z natury twarda, bardzo kanciasta i że sam się o tym nie raz przekona. I że przy tym postanowiłam odkryć przed nim różne nierówności swojego charakteru, zanim upłyną najbliższe cztery tygodnie. Powinien dokładnie wiedzieć, jaki zrobił interes, dopóki jeszcze czas wycofać się z niego.