— Czy uspokoisz się wreszcie, czy zaczniesz rozsądnie gadać?

— Uspokoić się mogę, jeśli pan sobie życzy, ale co do rozsądnego gadania, to pochlebiam sobie, że właśnie to czynię.

Kręcił się, sarkał, mruczał. „Bardzo dobrze — pomyślałam — możesz się dąsać, możesz się niecierpliwić, ile ci się podoba. Ale jestem pewna, że to najlepsza droga postępowania z tobą. Jesteś mi miły ponad wszelki wyraz, ale nie chcę wpaść w śmieszny sentymentalizm. A tą szpileczką gotowej odpowiedzi i ciebie powstrzymam nad krawędzią przepaści, dopomoże mi też jej ostrze do zachowania między mną a tobą odległości, pożądanej dla wspólnego naszego dobra”.

Po trosze, po trosze doprowadziłam go do dość silnego rozdrażnienia. Wtedy, gdy obrażony poszedł w drugi kąt pokoju, wstałam i powiedziawszy moim naturalnym, zwykłym, pełnym szacunku tonem: „Życzę panu dobrej nocy”, wysunęłam się bocznymi drzwiami i poszłam do siebie.

Tego systemu, raz go spróbowawszy, trzymałam się odtąd przez cały czas naszego „nowicjatu”. Z najlepszym zresztą rezultatem. Mój pan, to prawda, bywał często kwaśny i chropawy, ale na ogół, uważałam, że bynajmniej się nie nudzi i że, gdybym była uległa jak baranek i czuła jak synogarlica, wzmacniałabym tylko jego despotyzm, ale mniej bym mu się podobała, mniej zadowalała jego rozsądek, a nawet jego smak.

W obecności innych osób byłam zawsze, tak jak dawniej, pełna uszanowania i spokojna. Tylko w czasie wieczornych posiedzeń tak mu się sprzeciwiałam i dokuczałam. W dalszym ciągu kazał mnie zawsze prosić z chwilą, gdy zegar wybił siódmą, chociaż gdy teraz stawałam przed nim, nie miał dla mnie tych miodowych słówek „kochanie moje”, „moja najmilsza”. Dostawały mi się zamiast tego takie wyrazy, jak „impertynencka figura”, „złośliwy chochlik”, „odmieniec” itp. Zamiast pieszczot darzył mnie srogimi minami. Owszem, owszem, na razie stanowczo wolałam szorstkość od tkliwości. Widziałam, że w oczach pani Fairfax mam uznanie, jej obawy o mnie znikły. To utwierdziło mnie w przekonaniu, że postępuję słusznie. Pan Rochester skarżył się, że go zamęczam, i groził straszną zemstą w niedalekim czasie. Śmiałam się w duchu z jego gróźb. „Potrafię trzymać cię w ręku teraz — rozmyślałam — nie wątpię, że potrafię i później. Jeżeli zużyje się jeden sposób, trzeba będzie obmyślić inny”.

Ale ostatecznie zadanie moje nie było łatwe. Często byłabym wolała dogodzić mu, niż tak go dręczyć. Przyszły mój mąż stawał się dla mnie całym światem i więcej niż światem — nieledwie nadzieją nieba. W owych dniach Boga nie widziałam poza jego stworzeniem, gdyż z niego zrobiłam sobie bożyszcze.

Rozdział XXV

Miesiąc narzeczeństwa upłynął, jego ostatnie godziny mijały. Nie można było powstrzymać dnia, który się zbliżał — dnia ślubu. Wszystkie też przygotowania były ukończone. Ja przynajmniej nie miałam już nic do roboty. Oto tam, w moim pokoju, stały wzdłuż ściany rzędem kuferki, spakowane, zamknięte, obwiązane. Jutro o tej porze daleko już będą w drodze do Londynu. I ja również — albo raczej nie ja, ale pewna Jane Rochester, osoba, której jeszcze nie znałam. Jeszcze tylko należało przybić karty z adresem, leżały te cztery kwadraciki w szufladzie. Pan Rochester sam wypisał adres: „Pani Rochester, Londyn, Hotel X” na każdej. Nie mogłam się zdecydować na ich przytwierdzenie. Pani Rochester! Taka przecież nie istniała, miała się dopiero narodzić jutro, około ósmej rano. Chciałam zaczekać, by się upewnić, czy przyszła na świat żywa, zanim bym jej przekazała tę całą własność. Dosyć, że w owej szafie naprzeciw mojej toaletki ubranie, mające być jej ubraniem, wyrugowało już moją starą, wełnianą sukienkę i słomiany kapelusz, gdyż nie do mnie przecież należał ten strój ślubny, ta perłowa suknia jedwabna i cienki, zwiewny welon... Zamknęłam szafę, by ukryć ten dziwny strój widmowy, gdyż o tej wieczornej godzinie — była dziewiąta — w cieniu mojego pokoju błyszczał on istotnie poświatą jakiejś nieziemskiej zjawy. „Pozostawię cię w samotności, ty biały śnie — pomyślałam. — Taka się czuję rozgorączkowana. Słyszę, że wiatr wieje, wyjdę, pragnę się odświeżyć jego tchnieniem”.

Nie tylko pośpiech z przygotowaniami tak mnie rozgorączkował, nie tylko przewidywanie wielkiej zmiany — nowego życia, które się miało jutro rozpocząć. Obydwie te okoliczności miały niewątpliwie udział w wytworzeniu tego niespokojnego, podnieconego nastroju, jaki o tej późnej godzinie wypędzał mnie do ciemnego ogrodu. Lecz była i trzecia przyczyna, silniej od tamtych oddziaływająca na mnie.