Trapiła mnie dziwna, niespokojna myśl. Zdarzyło się coś, czego nie mogłam zrozumieć. Nikt o tym nie wiedział i nikt tego nie widział prócz mnie. Było to minionej nocy. Pan Rochester był wtedy nieobecny w domu, jeszcze i teraz nie wrócił. Jakiś interes zawezwał go do małego majątku, złożonego z dwóch czy trzech ferm, który posiadał o trzydzieści mil stąd — interes, który musiał załatwić osobiście przed zamierzonym wyjazdem z Anglii. Czekałam teraz jego powrotu, pragnąc wywnętrzyć się przed nim i znaleźć u niego rozwiązanie dręczącej mnie zagadki. Poszłam do sadu, zapędził mnie do tego stosunkowo zacisznego schronienia wiatr, który przez cały dzień dął od południa, nie przynosząc jednak ani kropli deszczu. Zamiast przycichnąć w nocy, zdawało się, że zwiększa jeszcze pęd i pogłębia szum. Drzewa chyliły się stale na jedną stronę, ledwie raz na godzinę prostując na chwilę gałęzie — tak bezustanny był pęd, naginający je ku północy. I chmury gnały od bieguna do bieguna szybko, jedne za drugimi, wielkimi gromadami. Owego lipcowego dnia nie ukazał się ani skrawek błękitu.
Nie bez pewnej dzikiej rozkoszy gnałam, pędzona wiatrem, topiąc troskę mojej duszy w bezmiernym strumieniu powietrznym, grzmiącym w przestworzach. Przebiegłszy ścieżkę wśród krzewów, zatrzymałam się przed ruiną kasztana. Stał tam sczerniały, rozdarty — pień, rozłupany przez środek, świecił straszną raną. Rozdarte połowy nie odłamały się od siebie, gdyż mocna podstawa i silne korzenie spajały je od spodu, jednakże wspólne życie uległo zniszczeniu. Soki już krążyć nie mogły, wielkie konary po obu stronach były martwe, a wichury zimowe niewątpliwie zwalą je na ziemię. Tymczasem jednak można było powiedzieć, że jeszcze tworzą jedno drzewo — ruinę wprawdzie, ale ruinę jako całość. Gdym na nie patrzyła, księżyc na jedną chwilę wyjrzał zza chmury. Jego krąg był krwawy, w połowie zamglony, zdawał się ciskać na mnie jakieś złowrogie spojrzenie i zaraz znów zasnuł się głęboką falą chmur. Wiatr ucichł na moment dokoła Thornfield, ale w oddali, nad lasami, nad wodami zawodził smętnym, ponurym jękiem. Smutno było go słuchać. Ruszyłam dalej.
Tu i tam błądziłam po sadzie, zbierałam jabłka, gęsto opadłe pod drzewami. Potem zajęłam się przebieraniem dojrzałych od niedojrzałych, odniosłam je do domu i schowałam w spiżarni. Poszłam do biblioteki przekonać się, czy rozpalono ogień, gdyż, chociaż to było lato, wiedziałam, że w taki chmurny dzień pan Rochester rad powita przyjazny kominek. Owszem, ogień już się palił dobrze. Przysunęłam fotel przed kominek, przysunęłam stół, spuściłam storę, kazałam przynieść świece, gotowe do zapalenia. Coraz bardziej niespokojna, po ukończeniu tych przygotowań nie mogłam usiedzieć na miejscu ani nawet pozostać w domu. Mały stojący zegar w pokoju i stary w hallu równocześnie wybiły dziesiątą.
— Jak późno się robi! — westchnęłam. — Pobiegnę ku bramom, księżyc ukazuje się chwilami, stamtąd widać duży kawał drogi. Może on już nadjeżdża. Spotkawszy go, oszczędzę sobie kilka minut niespokojnego oczekiwania.
Wiatr szumiał głośno w wielkich drzewach okalających bramy, ale droga, jak okiem sięgnąć na prawo i na lewo, była cicha i pusta. Kiedy księżyc wyzierał, przemykały po niej cienie chmur, poza tym chwilami przedstawiała tylko długą, bladą linię, bez żadnej poruszającej się po niej plamki.
Niemądra łza zaćmiła mi oczy, gdy patrzyłam, łza zawodu i niecierpliwości. Wytarłam ją, zawstydzona. Czekałam. Księżyc zamknął się szczelnie w swojej komorze, spuścił gęstą zasłonę chmur. Noc zapadała ciemna, deszcz, przygnany wichurą, zaczynał kropić.
— Ach, żeby już przyjechał! Ach, żeby już przyjechał! — zawołałam, zdjęta jakimś nerwowym lękiem. Spodziewałam się jego przyjazdu przed herbatą, a teraz już ciemno. Cóż może go zatrzymywać? Czy spotkał go jaki wypadek? Przypomniałam sobie znowu wydarzenie ostatniej nocy. Wytłumaczyłam je sobie jako przestrogę, jako zapowiedź nieszczęścia. Zdjął mnie lęk, że nadzieje moje może są zbyt jasne, by mogły się urzeczywistnić. A tyle szczęścia zaznałam w ostatnich czasach, że pomyślałam, iż dosięgło już ono zenitu — i odtąd musi go ubywać...
„Trudno, ja nie mogę wracać do domu — pomyślałam — nie mogę zasiąść przy kominku, gdy on jest wystawiony na niepogodę. Lepiej zmęczyć ciało niż dręczyć serce. Wyjdę na drogę”.
Ruszyłam z miejsca. Szłam szybko, ale nie uszłam daleko. Niebawem posłyszałam tupot kopyt końskich, jeździec się zbliżał w pełnym galopie. Pies biegł obok niego. Precz, złe przeczucie! To on — siedzi na swoim Mesrourze, za nim zdąża Pilot. Zobaczył mnie, gdyż księżyc otworzył niebieskie okno wśród chmur i przepływał przez nie, jasny. Pan Rochester zdjął kapelusz i powiewał nim nad głową. Pobiegłam mu na spotkanie.
— A widzisz! — zawołał, wyciągając rękę i wychylając się z siodła. — Nie możesz się obejść beze mnie, to widoczne. Stań na czubku mego buta i podaj mi obie ręce. Wsiadaj!