Rozdział XXVI

Sophie przyszła ubrać mnie o siódmej. Bardzo długo spełniała swoje zadanie, tak długo, że aż pan Rochester, zniecierpliwiony widać tym zwlekaniem, przysłał z pytaniem, dlaczego nie przychodzę. Przypinała mi właśnie broszką do włosów welon (ten prosty, tiulowy). Jak mogłam najprędzej, wymknęłam się z jej rąk.

— Niech pani zaczeka — zawołała po francusku. — Niech się pani przejrzy w lustrze! Ani razu pani nie spojrzała!

Zawróciłam przeto od drzwi i ujrzałam jakąś postać w strojnej sukni i welonie, tak niepodobną do mnie, że wydała mi się niemal obrazem kogoś obcego. „Jane!”, usłyszałam wołanie i pośpieszyłam na dół. U stóp schodów powitał mnie pan Rochester.

— Marudna! — rzekł — mnie tu pali się w głowie z niecierpliwości, a ty tak zwlekasz!

Zaprowadził mnie do jadalni, obejrzał mnie bystro od stóp do głów, oświadczył, że jestem „Jasna jak lilia i nie tylko dumą jego życia, ale radością jego oczu”, po czym zapowiedział mi, że daje mi tylko dziesięć minut na zjedzenie śniadania, i zadzwonił. Zjawił się jeden z najętej służby, lokaj.

— Czy John ma już powóz gotowy?

— Tak, proszę pana.

— A kuferki czy zniesione na dół?

— Właśnie w tej chwili je znoszą.