— Ty idź do kościoła, przekonaj się, czy pan Wood (pleban) i kościelny już tam są. Wracaj i powiedz mi.
Kościół, jak czytelnikowi wiadomo, był tuż za bramą. Służący niebawem powrócił.
— Pan Wood jest w zakrystii, proszę pana, ubiera się w komżę.
— A powóz?
— John zaprzęga konie.
— Nie będziemy go potrzebowali do kościoła, ale musi być gotów z chwilą, gdy powrócimy, wszystkie pudła i kuferki ułożone i przywiązane, a stangret na koźle.
— Słucham.
— Jane, jesteś gotowa?
Wstałam. Nie było drużbów ani druhen, nie było żadnych krewnych, nikogo — prócz pana Rochestera i mnie. Pani Fairfax stała w hallu, gdyśmy przechodzili. Byłabym chętnie do niej przemówiła, ale ręka moja była w żelaznym uścisku, ciągnął mnie krok, za którym ledwo zdołałam nadążyć, a widząc twarz pana Rochestera, czułam, że nie zniesie pod żadnym pozorem ani sekundy opóźnienia. Nie wiem, czy kiedykolwiek inny pan młody wyglądał tak jak on — taki skupiony na jednym zamiarze, tak groźnie zdecydowany, a przy stanowczości na czole z takimi płomieniami i błyskami w oczach.
Nie wiem, czy była ładna pogoda czy słota. Idąc ścieżką, nie patrzyłam ani na niebo, ani na ziemię. Serce moje przeszło w oczy, a oczy moje tkwiły w nim. Chciałam ujrzeć tę rzecz niewidzialną, w której zdawał się topić spojrzenie nienawistne i groźne, odgadnąć te myśli, których sile przeciwstawiał wyzwanie i opór.