— Nie, pani. Powiedziała pani panu Brocklehurstowi, że ja mam niedobry charakter, że mam kłamliwe usposobienie. A ja opowiem wszystkim w Lowood, jaka pani jest i co pani zrobiła.
— Jane, ty tego nie rozumiesz: dzieci muszą być ukarane, jeżeli zawinią.
— Ja nigdy nie zawiniłam kłamstwem! — zawołałam jakimś dzikim, podniesionym głosem.
— Ale jesteś złośnicą, to musisz przyznać. A teraz wracaj do dziecinnego pokoju... No, moja kochana... I połóż się trochę.
— Niech mi pani nie mówi „kochana”, bo to nieprawda! Ja nie mogę się położyć. Niech mnie pani jak najprędzej pośle do szkoły, bo życie tutaj dla mnie jest nieznośne.
— Rzeczywiście, ja ją jak najprędzej wyślę do szkoły — szepnęła pani Reed i zabrawszy robótkę, wyszła nagle z pokoju.
Zostałam sama — zwycięska na polu bitwy. Pierwsza to była moja walka i pierwsze moje zwycięstwo. Stałam przez chwilę na dywanie, w miejscu, gdzie przedtem stał pan Brocklehurst, i cieszyłam się zdobytą samotnością. Zrazu uśmiechałam się do siebie i czułam się podniesiona na duchu, ale ta dzika radość przygasła we mnie równie prędko, jak uspokoiło się przyśpieszone bicie mego tętna. Dziecko nie może wojować ze starszymi, tak jak ja to uczyniłam. Nie może puszczać wodzy uczuciom wściekłości, nie odczuwając zaraz potem dręczącego wyrzutu sumienia i chłodu reakcji. Wybuch jaskrawego, żywego, gorącego, pochłaniającego płomienia byłby obrazem stanu mej duszy w chwili, gdy oskarżałam panią Reed i groziłam jej. Czarna, wypalona pustka w momencie, gdy płomienie zagasły, byłaby obrazem jej stanu, gdy półgodzinna cisza i zastanowienie wykazały mi szaleństwo mojego postępku i okropność mego stanowiska nienawidzonej i nienawidzącej.
Zemsty zakosztowałam po raz pierwszy; wydawała mi się winem aromatycznym i krzepiącym, lecz metaliczny i gryzący posmak budził we mnie uczucia, jak bym została otruta. Chętnie byłabym teraz poszła i przeprosiła panią Reed. Wiedziałam jednak, po części z doświadczenia, a po części instynktownie, że wtedy odepchnęłaby mnie z podwójną pogardą, tym samym podniecając tylko na nowo niespokojne popędy w mej duszy.
Pragnęłam czym innym zająć wzburzone myśli, znaleźć pokarm dla uczuć mniej wrogich niż posępne oburzenie. Wzięłam do ręki książkę — były to bajki arabskie; siadłam i próbowałam czytać. Nie mogłam jednak doczytać się sensu, moje własne myśli stawały pomiędzy mną a stronicami, w których zawsze znajdowałam tyle uroku. Otworzyłam szklane drzwi do ogrodu. Cisza tam panowała zupełna, mróz bez słońca i bez powiewu ogarniał cały ogród. Okryłam głowę i ramiona spódnicą mojej sukni i wyszłam przejść się po ustronnej zupełnie części parku. Nie znalazłam jednakże przyjemności w widoku milczących drzew, spadających szyszek świerkowych, zmarzniętych resztek jesieni, rdzawych liści, wiatrami na kupki zmiecionych i zesztywniałych teraz. Oparłam się o bramę i wyjrzałam na puste pole, gdzie nie było pasących się owiec na krótkiej o tej porze roku, nadgniłej i zbielałej trawie. Szary to był dzień, nieprzejrzyste niebo, śnieg zapowiadające, zwisało ciemną oponą nad ziemią. Spływały stamtąd od czasu do czasu śnieżne płatki i osiadały, nie topniejąc, na twardej ścieżce i oszroniałej trawie. Stałam tak, nieszczęśliwe dziecko, szepcąc do siebie: „Co ja pocznę?... Co ja pocznę?”.
Wtem usłyszałam wołający mnie jasny głos: