— Tak, z pewnością znaleziono by ją nieżywą przed drzwiami, gdyby była tam całą noc pozostała. Ciekawa jestem, jakie przeszła koleje?
— Jakieś dziwnie ciężkie, wyobrażam sobie, biedna, wymizerowana, blada wędrowniczka!
— To nie jest, zdaje mi się, po jej sposobie mówienia sądząc, osoba bez wykształcenia. Akcent ma zupełnie czysty, a i ubranie, które zdjęła, chociaż zabłocone i mokre, mało znoszone i z dobrego materiału.
— Ma szczególną twarz, taka wychudzona i mizerna, a jednak raczej mi się podoba, przy zdrowiu zaś i ożywieniu, wyobrażam sobie, że fizjonomia jej musi być miła.
Nigdy w rozmowach ich nie usłyszałam ani słowa żalu, że mnie przyjęły tak gościnnie, ani słowa podejrzliwości czy niechęci ku mnie. To mnie pocieszało.
Pan Saint-John zaszedł raz jeden, popatrzył na mnie i powiedział, że mój stan bezwładu wynika z reakcji na nadmierne i długotrwałe przemęczenie. Oświadczył, że nie potrzeba posyłać po doktora, że z pewnością sama natura najlepiej sobie poradzi. Powiedział, że każdy nerw został jakimś sposobem silnie nadwyrężony i że cały system potrzebuje jakiś czas odpoczywać we śnie. Choroby nie ma tu żadnej; wyobraża sobie, że szybko przyjdę do siebie, skoro tylko wejdę na drogę poprawy. Ten sąd wypowiedział spokojnym, cichym głosem i dodał po chwili tonem człowieka nieprzywykłego do obszernych objaśnień:
— Raczej niezwykła fizjonomia, niewątpliwie nie zdradza ani pospolitości, ani upadku.
— Wręcz przeciwnie — odpowiedziała Diana. — Prawdę powiedziawszy, Saint-John, serce mnie ciągnie do tego biedactwa. Ach, jak bym chciała, żebyśmy mogli na stałe się nią zająć!
— To mało prawdopodobne — odpowiedział. — Przekonasz się, że to panienka, która poróżniła się ze swoją rodziną i lekkomyślnie ją opuściła. Może nam się uda przywrócić ją rodzinie, o ile nie jest uparta. Jednakże widzę na jej twarzy linie siły, które każą mi wątpić, czy jest łatwa do prowadzenia. — Stał, przyglądając mi się przez kilka minut, po czym dodał: — Wydaje się rozumna, ale ładna bynajmniej nie jest.
— Ona taka chora, Saint-John!