— Chora czy zdrowa, zawsze będzie nieładna. Brakuje tym rysom zupełnie wdzięku, harmonii i piękna.
Trzeciego dnia poczułam się lepiej, czwartego mogłam już mówić, poruszać się, usiąść, obracać się na łóżku. Hannah przyniosła mi zupę z kaszki i trochę grzanek około pory obiadowej, jak mi się wydało. Zjadłam z przyjemnością. Jedzenie było dobre, nie miało gorączkowego smaku, jaki zatruwał mi wszystko, co dotąd przełykałam. Po odejściu Hanny poczułam się stosunkowo silna, wstępowało we mnie życie. Dosyć miałam spoczynku, budziła się we mnie chęć ruchu i czynu. Zapragnęłam wstać, ale cóż mogłam włożyć na siebie? Wilgotne, zabłocone ubranie, w którym sypiałam na ziemi i upadałam w błoto? Wstyd mi było ukazać się moim dobrodziejom w takim stroju. Oszczędzono mi tego upokorzenia.
Na krześle przy łóżku leżały wszystkie moje rzeczy — czyste i suche. Czarna, jedwabna sukienka wisiała na ścianie, oczyszczona z błota, odprasowana, wyglądała zupełnie przyzwoicie. Nawet trzewiki i pończochy były wyczyszczone, możliwe do użycia. Była w pokoju woda i miednica, leżała szczotka i grzebień do włosów. Mimo osłabienia, odpoczywając co pięć minut, jako tako mogłam się ubrać. Ubranie wisiało na mnie luźno, gdyż mocno schudłam, zakryłam jednakże niedobory szalem i teraz, czysta i wyglądająca przyzwoicie, bez plamy brudu, bez śladu nieporządku, którego tak nie znosiłam i który zdawał się tak mnie poniżać, zeszłam powoli po kamiennych schodach przy pomocy poręczy do niskiego korytarza, skąd od razu trafiłam do kuchni.
Kuchnię wypełniał zapach świeżego pieczywa, ciepła i dobrego ognia. Hannah piekła chleb. Uprzedzenia, wiadomo, najtrudniej jest wykorzenić z serca. Hannah w istocie z początku była zimna i sztywna, później zaczęła trochę łagodnieć, a gdy ujrzała mnie wchodzącą, czystą i dobrze ubraną, uśmiechnęła się nawet.
— Co to, wstała pani? — rzekła. — Więc widać pani zdrowsza. Niech pani usiądzie na moim miejscu przy kominie, jeśli pani ma ochotę.
Wskazała mi bujany fotel. Usiadłam. Krzątała się, przyglądając mi się od czasu do czasu badawczo spod oka. Wyjmując kilka bochenków z pieca, zwróciła się nagle ku mnie i zapytała bez ogródki:
— Czy pani kiedy już chodziła na żebry, zanim pani tutaj przyszła?
Oburzyłam się w pierwszej chwili, ale przypomniawszy sobie, że doprawdy nie można się tu gniewać i że ja jej istotnie przedstawiłam się jako żebraczka, odpowiedziałam spokojnie, jednak z pewnym naciskiem:
— Mylicie się, biorąc mnie za żebraczkę. Ja nie jestem żebraczką, tak jak ani wy, ani wasze panienki nie jesteście żebraczkami.
— Ja tam nie rozumiem tego dobrze — powiedziała po chwili. — Pani to pewnie nie ma ani domu, ani pieniędzy?