— Umarł trzy tygodnie temu na apopleksję.
— Matki nie mają?
— Pani już wiele lat temu umarła.
— A wy u tej rodziny jesteście już dawno?
— Jestem u nich od lat trzydziestu. Wyniańczyłam ich wszystkich troje.
— To dowodzi, że musieliście być uczciwą i wierną służącą. Mówię wam to, chociaż byliście tak niegrzeczni, że nazwaliście mnie żebraczką.
Znowu popatrzyła na mnie ze zdziwieniem.
— Zdaje mi się — powiedziała — że mi się zupełnie w myślach pomieszało co do pani, ale tylu się oszustów kręci, że musi mi pani przebaczyć.
— I chociaż — mówiłam dalej nieco surowo — chcieliście odpędzić mnie od drzwi w noc taką, że psa bylibyście nie odpędzili.
— No tak, to było niepoczciwe, ale co człowiek może wiedzieć? Ja więcej myślałam o dzieciach niż o sobie. Biedaki! Toż przecie nie mają nikogo, kto by o nie dbał, prócz mnie. Muszę czasami ostro się postawić.