— Mam nadzieję, że nie będę długo jadła na koszt pański — odpowiedziałam niezręcznie i niegrzecznie.

— Zapewne — odpowiedział chłodno — skoro nam pani tylko wskaże, gdzie mieszka pani rodzina, będziemy mogli napisać do niej, a pani będzie mogła wrócić do domu.

— Tego, muszę panu otwarcie powiedzieć, nie będę mogła uczynić, gdyż absolutnie nie mam ani domu, ani rodziny.

Wszyscy troje popatrzyli na mnie, ale bez nieufności. Odczułam, że nie ma podejrzliwości w ich spojrzeniach, było w nich raczej zaciekawienie. Mówię to zwłaszcza o obu panienkach. Oczy Saint-Johna, choć na pozór takie jasne, były zagadkowe. Używał ich raczej jako narzędzia do badania myśli innych niż jako sposobu ujawnienia swoich własnych. To połączenie przenikliwości i skrytości raczej wprawiało w zakłopotanie, niż dodawało odwagi.

— Czy pani przez to rozumie — zapytał — że pani z ludźmi nie ma żadnych stosunków?

— Tak jest. Żaden węzeł nie łączy mnie z nikim w świecie, nie mam prawa żądać, by mnie jakikolwiek dom w Anglii przyjął pod swój dach.

— Bardzo dziwne położenie w pani wieku.

Tu spostrzegłam, że spojrzał na moje ręce, złożone na stole przede mną. Zdziwiłam się, czego tam szuka. Słowa jego wyjaśniły mi to niebawem.

— Nie jest pani zamężna? Jest pani panną?

Diana rozśmiała się.