— Ależ, Saint-John, pani nie może mieć więcej niż siedemnaście, osiemnaście lat! — rzekła.

— Mam prawie dziewiętnaście, ale nie jestem zamężna. Nie.

Poczułam, że palący rumieniec występuje mi na twarz, gdyż wzmianka o małżeństwie obudziła gorzkie, niepokojące wspomnienia. Diana i Mary odwróciły wzrok od mojej zarumienionej twarzy, ale chłodniejszy i surowszy brat ich patrzył w dalszym ciągu, aż ból, który obudził, wycisnął mi łzy z oczu.

— Gdzie pani ostatnio mieszkała? — spytał teraz.

— Za wiele pytasz, Saint-John — szepnęła cicho Mary.

Lecz on przechylił się przez stół i domagał się odpowiedzi stanowczym i przeszywającym wzrokiem.

— Nazwa miejscowości, w której mieszkałam, i osób, z którymi przebywałam, jest moją tajemnicą — odpowiedziałam zwięźle.

— Którą, moim zdaniem, ma pani prawo utrzymać, tak przed Saint-Johnem, jak przed kimkolwiek — zauważyła Diana.

— Jeżeli jednakże nic o pani nie będę wiedział, nie będę mógł pani dopomóc — powiedział. — A pani przecież potrzebuje pomocy, nieprawdaż?

— Potrzebuję jej i pragnę, by ktoś poczciwy wskazał mi sposób uzyskania pracy, jaką umiałabym wykonywać, a za którą wynagrodzenie dałoby mi chociaż najskromniejsze utrzymanie.