— Nie mamy już ojca — szepnęła. — Wkrótce zabraknie nam i domu, i brata.

W tej chwili zaszedł wypadek, którym los jakby chciał potwierdzić powiedzenie, że „Nieszczęście nigdy samo nie przychodzi”, i do zmartwienia ich dodać drażniącą przykrość zawiedzionej nadziei. Saint-John przechodził pod oknem, czytając jakiś list. Wszedł.

— Wuj John umarł — powiedział.

Widać było, że obie siostry tę wiadomość odczuły silnie, ale raczej jako bardzo ważną niż zasmucającą.

— Umarł? — powtórzyła Diana.

— Tak, umarł.

Badawczy wzrok utkwiła w twarzy brata.

— No i co? — zapytała głosem cichym.

— No i co, Diano? — odpowiedział, nie tracąc marmurowego spokoju twarzy. — No i co? No i nic... Czytaj.

Rzucił jej list na kolana. Przejrzała go i podała Mary. Mary przeczytała go i oddała bratu. Wszyscy troje zamienili spojrzenia i wszyscy troje uśmiechnęli się niewesołym, zamyślonym uśmiechem.