— Amen! Jakoś mimo to przeżyjemy! — rzekła w końcu Diana.

— W każdym razie nie będzie nam przez to gorzej, niż było dotychczas — zauważyła Mary.

— Tylko że silnie narzuca się myśli obraz tego, co by mogło być — rzekł pan Rivers — w trochę zbyt silnym kontraście do tego, co jest.

Złożył list, zamknął go w sekretarzyku i znowu wyszedł.

Przez kilka minut nikt nic nie mówił. W końcu Diana zwróciła się do mnie:

— Jane, dziwisz się zapewne nam i naszym tajemnicom — rzekła — i myślisz, że jesteśmy istotami bez serca, skoro nas tak mało wzrusza śmierć naszego wuja. Ale myśmy go nigdy nie widzieli ani nie znali. Był to brat naszej matki. Nasz ojciec nasz pokłócił się z nim dawno temu. Za jego to poradą zaryzykował większą część majątku w spekulacji, która go zrujnowała. Czynili sobie wzajemnie wyrzuty, rozeszli się w gniewie i nie pogodzili się nigdy. Wuj nasz zaangażował się potem w szczęśliwsze interesy i jak się okazuje, zebrał fortunę dwudziestu tysięcy funtów. Nie był nigdy żonaty i nie miał innych bliskich krewnych oprócz nas i jeszcze jednej osoby, w tym samym stopniu spokrewnionej co i my. Ojciec mój zawsze miał nadzieję, że wuj wynagrodzi nam krzywdę, mimowolnym błędem wyrządzoną, i że zostawi nam majątek. Ten list powiadamia nas, że zapisał wszystko co do grosza tej innej krewnej, z wyjątkiem trzydziestu gwinei „do podziału między Saint-Johna, Dianę i Mary Rivers na zakup trzech żałobnych pierścionków”. Miał prawo, naturalnie, zrobić, jak mu się podobało, jednakże taka wiadomość przygnębia chwilowo. Mary i ja uważałyśmy się za bogate, posiadające po tysiąc funtów każda, a dla Saint-Johna taka suma byłaby cenna, dając mu możność zrobienia wiele dobrego!

Po tym wyjaśnieniu nikt już o liście nie wspomniał. Nazajutrz opuściłam Marsh End i przeniosłam się do Morton. Następnego dnia Diana i Mary wyjechały, a po tygodniu pan Rivers i Hannah przenieśli się na plebanię. I tak stary dom opustoszał.

Rozdział XXXI

Mój dom zatem — gdyż nareszcie znalazłam się u siebie w domu — jest to chata. Mały pokoik, kuchnia o bielonych ścianach i piaskiem wysypanej podłodze, zawiera skromne umeblowanie: cztery malowane krzesła, stół, zegar, mały kredens z kilkoma talerzami, półmiskami i fajansowym serwisem do herbaty. Na górze pokój o tych samych rozmiarach co kuchnia, z białym, sosnowym łóżkiem i komodą małą, a jednak za wielką, bym ją wypełnić mogła moją skromną garderobą, chociaż dobroć moich miłych i zacnych przyjaciółek powiększyła jej zapas tym co niezbędne.

Nadszedł wieczór. Odprawiłam sierotkę, która służy mi za pomocnicę, zapłaciwszy jej pomarańczą. Siedzę sama przy kominku. Dziś rano szkółka wiejska została otwarta. Miałam dwadzieścia uczennic. Tylko trzy umieją czytać, żadna nie umie pisać ani rachować. Niektóre potrafią robić na drutach, a kilka z nich trochę szyje. Mówią rozwlekłym, miejscowym akcentem. Na razie mamy wzajemną trudność w zrozumieniu się wobec tych odrębności naszego języka. Niektóre z dziewcząt są źle wychowane, surowe, trudne do prowadzenia i ciemne. Ale inne są posłuszne, chętne do nauki i miłe. Nie wolno mi zapomnieć, że te prosto ubrane wieśniaczki są z krwi i ciała równie dobre jak potomkowie rodowej szlachty i że zarodki wrodzonej doskonałości, kultury, inteligencji, delikatnych uczuć mogą równie dobrze istnieć w ich sercach, jak w sercach wysoko urodzonych. Mam obowiązek rozwijać te zarodki, z pewnością da mi zadowolenie spełnianie tego zadania. Nie obiecuję sobie wiele uciechy z życia, które się przede mną otwiera, niewątpliwie jednak, gdy doprowadzę do ładu swoje myśli, gdy czynnie natężę wszystkie władze tak, jak powinnam, będę miała tyle radości, ile potrzeba, by żyć z dnia na dzień.