Czy bardzo byłam uradowana, zadowolona podczas godzin, które spędziłam w tamtym pustym, skromnym, szkolnym pokoju dziś rano i po południu? Nie chcąc samej siebie oszukiwać, muszę odpowiedzieć, że nie. Było mi ciężko. Czułam się... Idiotka ze mnie! Czułam się poniżona. Zadawałam sobie pytanie, czy nie uczyniłam kroku, który mnie obniżał, zamiast mnie podnieść w skali społecznej sfery. Przerażałam się małodusznie niewiedzą, ubóstwem i prostactwem. Ale nie będę się zbytecznie potępiała za te uczucia. Wiem, że są godne nagany, a to już wielki krok naprzód. Będę się starała je przezwyciężyć. Do jutra, mam nadzieję, zwalczę je częściowo, a za parę tygodni może zduszę je w sobie zupełnie. Za parę miesięcy, być może, widok postępów, zmiana moich uczennic na lepsze zamieni w radość mój dzisiejszy niesmak.
Tymczasem zadam sobie jedno jeszcze pytanie: co lepiej? Czy gdybym się była poddała pokusie, uległa namiętności, bez wysiłków bolesnych, bez walki, gdybym się była zaplątała w jedwabną sieć, zasnęła na kwiatach, zakrywających pułapkę, by obudzić się w południowym klimacie, wśród zbytków rozkosznej willi, jako kochanka pana Rochestera, upojona jego miłością... Gdyż on by mnie kochał, o tak... On by mnie bardzo kochał przez pewien czas. Kochał mnie — nikt mnie już nigdy tak kochać nie będzie. Nigdy już nie zaznam słodkiego hołdu świadczonego piękności, młodości, wdziękom, gdyż nikt inny ich we mnie się nie dopatrzy. On mnie kochał i dumny był ze mnie, nikt inny takim uczuciem mnie nie obdarzy... Ale gdzież to ja się błąkam, co mówię, a przede wszystkim, co czuję? Zapytywałam siebie, czy lepiej by mi było być niewolnicą w raju lenistwa w Marsylii247 — rozgorączkowaną złudną szczęśliwością w jednej godzinie, a dławiącą się gorzkimi łzami żalu i wstydu w następne? Czy też być wiejską nauczycielką, wolną i uczciwą, w zdrowym zakątku górskim w samym sercu Anglii?
Tak, czuję teraz, że miałam słuszność, trwając przy zasadach i przy prawie, a odpychając i hamując podszepty chwilowego szału. Bóg mną pokierował, że dobrze wybrałam, opatrzności Jego dziękuję za pomoc i za opiekę.
Doszedłszy w dumaniach do tego punktu, wstałam, otworzyłam drzwi i wyjrzałam. Słońce zachodziło. Ptaki śpiewały ostatnie piosenki, „Powietrze było łagodne, rosa, niby balsam, opadała... ”248.
Patrzyłam przed siebie i myślałam, że jestem szczęśliwa, ale oto ze zdziwieniem spostrzegłam niebawem, że płaczę... I co mi te łzy wyciskało? Ten los okrutny, który mnie oderwał od mojego pana. Myśl o nim, że go już miałam nigdy nie zobaczyć, myśl o jego rozpaczy, o furii gniewu z powodu mojej ucieczki... Może go to teraz ściąga z uczciwej drogi zbyt daleko, by ostateczny powrót był dlań możliwy... Na myśl o tym odwróciłam się od widoku cudnego, wieczornego nieba, zakryłam oczy i oparłam głowę o kamienne obramowanie drzwi. Wkrótce jednak podniosłam wzrok, gdyż posłyszałam jakiś ruch przy furtce zamykającej od strony łączki mały ogródek. To pies — stary Carlo, wyżeł pana Riversa, popychał furtkę nosem, a sam Saint-John opierał się o nią łokciami. Brwi miał ściągnięte, spojrzenie poważne, nieledwie surowe, utkwił we mnie. Poprosiłam go, by zechciał wejść.
— Nie, nie mogę się zatrzymywać, przyniosłem pani tylko małą paczkę, którą moje siostry pozostawiły dla pani. Zdaje mi się, że jest w niej pudło z farbami, ołówki i papier.
Zbliżyłam się, by odebrać paczkę. Jakiż pożądany był to dar! Saint-John badawczo mi się przyglądał — wydało mi się, że okiem surowym, ślady łez niewątpliwie były widoczne.
— Czy pierwszy dzień pracy wydał się pani cięższy, niż się pani spodziewała? — zapytał.
— O nie! Przeciwnie, myślę, że z czasem bardzo dobrze dam sobie radę z uczennicami.
— Ale może urządzenie pani, pani chatka, pani umeblowanie, może to zawiodło pani oczekiwania? Wszystkiego tego, co prawda, jest niewiele, ale...