To prawda. Chociaż pan Rivers drgnął przy pierwszym dźwięku tego muzykalnego głosu, jak gdyby piorun rozdarł chmurę nad jego głową, stał wciąż jeszcze w tej samej pozycji, w jakiej go mówiąca zastała, z łokciem opartym o furtkę i twarzą skierowaną ku zachodowi. Odwrócił się na koniec, nie spiesząc się. A mnie się wydało, że zjawisko jakieś nieziemskie stanęło obok niego. W odległości trzech kroków ujrzałam postać biało ubraną, młodzieńczą, wdzięczną, pełną, ale o pięknej linii. A gdy schylona dla popieszczenia Carla podniosła głowę i odrzuciła długi welon, ukazała twarz doskonałej piękności. Doskonała piękność to silne słowo, a jednak go nie cofam ani go nie zmieniam. Tak delikatne rysy, jak je umiarkowany klimat Albionu wytworzyć zdoła, tak czyste barwy róż i lilii, jak wilgotne jego wiatry i mgliste nieba wyhodować potrafią, usprawiedliwiały w tym wypadku to określenie. To młode dziewczę miało rysy regularne i delikatne, oczy wielkie, ciemne, ocienione długimi rzęsami, brew jak malowaną, białe, gładkie czoło, usta świeże, rumiane, ślicznie zarysowane, dołeczek na brodzie i piękne, bujne włosy — słowem, posiadała wszystkie uroki, które połączone tworzą ideał piękności. Z zachwytem patrzyłam na to śliczne stworzenie, podziwiałam ją z całego serca.

I cóż Saint-John Rivers myślał o tym ziemskim aniele? Zupełnie naturalnie zadałam sobie to pytanie, widząc, że odwraca się i patrzy na nią, i równie naturalnie poszukałam odpowiedzi na jego twarzy. On jednakże odwrócił już wzrok od jej oblicza i patrzył na skromny krzaczek stokrotek rosnących przy bramce.

— Śliczny wieczór, ale że też pani tak późno sama wyszła — powiedział, gniotąc nogą śnieżne główki zwiniętych kwiatów.

— Ach, ja dopiero dziś po południu wróciłam z S. — Tu wymieniła nazwę dużego miasta, odległego o jakieś dwadzieścia mil. — Papa mi mówił, że pan już otworzył szkołę i że przybyła nowa nauczycielka. Toteż po herbacie włożyłam kapelusz i przebiegłam przez dolinę, chcąc ją poznać. Czy to pani?

— Tak — odpowiedział Saint-John.

— Czy pani myśli, że będzie się pani podobało w Morton? — zapytała mnie ze szczerą i naiwną prostotą tonu, miłą, choć dziecinną.

— Sądzę, że tak. Mam ku temu wiele powodów.

— Czy uczennice są tak uważne, jak się pani spodziewała?

— Najzupełniej.

— Czy podoba się pani domek?