— Bardzo.
— Czy ładnie go umeblowałam?
— Doprawdy, bardzo ładnie.
— A czy dobrą pomocnicę wyszukałam dla pani, wybierając Alice Wood?
— Dobrze pani wybrała. Jest pojętna i zręczna.
„To więc — pomyślałam — jest panna Oliver, bogata dziedziczka, uposażona, jak widać, zarówno od natury, jak i materialnie! Co za szczęśliwa konstelacja planet świeciła nad jej kołyską!”.
— Zajrzę tu niekiedy i pomogę pani uczyć — dodała. — Odwiedziny od czasu do czasu będą dla mnie miłym urozmaiceniem, a ja lubię rozmaitość. Panie Rivers, tak się wesoło bawiłam podczas pobytu w S. Ubiegłej nocy, a raczej dziś rano, tańczyłam do drugiej — opowiadała, śmiejąc się. — Od czasu rozruchów zakwaterowano tam pułk wojska, a oficerowie to najmilsi w świecie ludzie, niech się schowają wobec nich nasi młodzi nożownicy i kupcy nożyczek.
Wydało mi się, że po ustach Saint-Johna przebiegł przykry grymas i że usta te mocno się zacisnęły, gdy w dolnej części twarzy osiadła jakaś surowa zaciętość. Oderwał oczy od stokrotek i zwrócił je na nią. Poważne, badawcze, znaczące było to spojrzenie. Odpowiedziała na nie znowu śmiechem, a śmiech tak dobrze pasował do jej młodości, jej dołeczków i błyszczących oczu!
Podczas gdy Saint-John stał milczący i poważny, ona znowu zaczęła pieścić Carla.
— Biedny Carlo mnie kocha — powiedziała. — On nie jest surowy, on nie jest zimny dla przyjaciół, a gdyby umiał mówić, nie milczałby z pewnością.