Gdy głaszcząc głowę psa, chyliła się z wrodzonym wdziękiem przed młodym i surowym jego panem, ujrzałam, że płomień zalewa twarz Saint-Johna. Uroczysta powaga jego spojrzenia roztopiła się w nagłym ogniu, oczy błysnęły przemożnym wzruszeniem. Tak zarumieniony i wzruszony dorównywał nieledwie jej urodzie prawdziwie męską pięknością. Pierś jego podniosła się jednym głębokim westchnieniem, jak gdyby wielkie jego serce, znużone despotycznym uciskiem, odprężyło się wbrew woli i potężnym uderzeniem zabiło ku swobodzie. Ale on je poskromił, zdaje mi się, tak jak śmiały jeździec poskromiłby ponoszącego rumaka. Nie odpowiedział ani słowem, ani ruchem na miło robione mu wymówki.

— Papa powiada, że pan nigdy teraz do nas nie zagląda — ciągnęła panienka. — W Vale Hall stał się pan zupełnie obcy. Papa jest sam dziś wieczorem i nieco słaby. Może mnie pan odprowadzi i odwiedzi go?

— To nie jest odpowiednia godzina do składania wizyt panu Oliverowi — odpowiedział Saint-John.

— Nieodpowiednia godzina! Twierdzę, że przeciwnie. To właśnie godzina, kiedy papa najbardziej potrzebuje towarzystwa, bo fabryka staje, a on nie ma nic do roboty. No, panie Rivers, niechże pan przyjdzie! Dlaczego pan taki dziki i tak zachmurzony?

Milczenie jego po tym zapytaniu wypełniła własną odpowiedzią.

— Zapomniałam! — zawołała, potrząsając piękną główką, jak gdyby sama sobą zgorszona. — Taka jestem nieuważna i roztargniona! Niech mi pan wybaczy. Wyszło mi z pamięci, że to bardzo naturalne, iż pan nie ma ochoty gawędzić ze mną. Diana i Mary odjechały. Moor House jest zamknięty i pan taki osamotniony! Doprawdy, żal mi pana. Niech pan przyjdzie, niech pan odwiedzi papę!

— Nie dziś wieczór, panno Rosamond, nie dziś wieczór.

Pan Saint-John mówił prawie jak automat, on sam tylko wiedział, ile go kosztuje ta odmowa.

— Trudno, skoro pan taki uparty, będę musiała pana pożegnać, gdyż nie śmiem pozostać dłużej, rosa zaczyna opadać. Dobranoc!

Wyciągnęła rękę. Zaledwie jej dotknął.