— Dobranoc! — powtórzył głosem cichym i dalekim jak echo. Poszła, ale wnet powróciła.

— Czy pan zdrów? — zapytała.

Mogła śmiało zadać to pytanie, gdyż twarz jego była blada jak jej sukienka.

— Najzupełniej — odpowiedział — i ukłoniwszy się, zawrócił od furtki.

Ona poszła w jedną stronę, on w drugą. Obejrzała się za nim dwa razy, lekko jak wróżka sunąc przez pole. On, idąc krokiem pewnym na przełaj, nie odwrócił się ani razu.

Ten widok cudzego cierpienia i ofiary oderwał myśli moje od wyłącznego rozmyślania o własnym bólu. Diana Rivers, określając brata, nazwała go „nieubłaganym jak śmierć”. I nie przesadziła.

Rozdział XXXII

Pracowałam w wiejskiej szkółce tak pilnie i lojalnie, jak tylko mogłam. Była to naprawdę ciężka z początku robota. Mimo wszelkich wysiłków musiało upłynąć trochę czasu, zanim mogłam zrozumieć moje uczennice i ich natury. Zupełnie nieuczone, z nierozwiniętymi zdolnościami, wydawały mi się beznadziejnie tępe. Na pierwsze rzut oka wszystkie wydawały mi się jednakowo tępe. Wkrótce jednak przekonałam się, że się mylę. Gdyśmy się raz poznały, gdy przestały mi się dziwić — mnie, mojemu językowi, moim przepisom i moim sposobom — zauważyłam, że niejedna z tych ociężałych, gapiących się prostaczek to całkiem bystra dziewczyna. Okazało się, że wiele jest uprzejmych i miłych, a niektóre odznaczały się taką wrodzoną grzecznością, godnością i wybitnymi zdolnościami, że zjednywały moją dobrą wolę i podziw. Te niebawem zaczęły znajdować przyjemność w pracy, w pilnowaniu porządku, w regularnym uczeniu się i w zdobywaniu spokojnego i przyzwoitego ułożenia. Szybkość ich postępów w niektórych wypadkach była zadziwiająca, co mnie napełniało prawdziwą i radosną dumą. Przy tym zaczęłam osobiście lubić niektóre z najlepszych dziewcząt i one mnie polubiły. Miałam pomiędzy uczennicami kilka córek farmerów, dziewcząt wyrośniętych, prawie dorosłych. Te już umiały czytać, pisać, szyć i rachować, uczyłam je początków gramatyki, geografii, historii i delikatniejszych robótek igłą. Pomiędzy nimi znalazłam wartościowe charaktery, kulturalne, spragnione wiedzy jednostki, z nimi spędziłam niejeden miły wieczór w ich własnych domostwach. Rodzice ich otaczali mnie względami. Czułam się dobrze w atmosferze ich prostej i szczerej życzliwości, którą odpłacałam uznaniem i szacunkiem.

Czułam, że staję się ulubienicą sąsiedztwa. Ile razy wyszłam, słyszałam ze wszystkich stron serdeczne pozdrowienia, witano mnie z przyjaznym uśmiechem. Żyć wpośród ogólnego uznania, choćby tylko ludzi prostych, to tyle, co „siedzieć w słońcu, słodko i spokojnie”. Pogodne uczucia zakwitają w duszy pod tymi promieniami. W tym okresie życia serce moje znacznie częściej wzbierało dziękczynieniem, niż upadało w zgnębieniu. A jednak, żeby wyznać całą prawdę, wśród tego spokoju i tej użytecznej działalności — po dniu spędzonym na uczciwej pracy z uczennicami i wieczorze na rysowaniu lub samotnym czytaniu — dziwnych snów doświadczałam nocą. Były to sny różnobarwne, niespokojne, pełne wzlotów idealnych, podniecające, burzliwe sny, gdzie wśród scen niezwykłych, pełnych przygód, ryzykownych i romantycznych, wciąż spotykałam pana Rochestera, zawsze w jakimś przełomowym momencie. A wtedy poczucie, że jestem w jego objęciach, że słyszę jego głos, że oczami tonę w jego oczach, że dotykam ręki jego i twarzy, kochając go i kochana przez niego — poczucie, że spędzę całe życie przy jego boku — odżywało z całą pierwotną siłą i pierwotnym ogniem. Wtedy budziłam się. Wracała mi pamięć, gdzie jestem i jaki jest mój los. Podnosiłam się na łóżku, drżąc i dygocąc, i wówczas cicha, ciemna noc była świadkiem spazmów rozpaczy i wybuchów żalu. Nazajutrz, punktualnie o dziewiątej rano otwierałam szkołę — spokojna, opanowana, gotowa podjąć wytrwale codzienne obowiązki.

Rosamond Oliver dotrzymała słowa, przychodziła mnie odwiedzać. Wstępowała do szkoły najczęściej w trakcie swej rannej przejażdżki. Podjeżdżała kłusem przed drzwi na kucyku, za nią konno służący w liberii. Trudno sobie wyobrazić coś wdzięczniejszego niż jej postać w purpurowej amazonce, w aksamitnej, czarnej czapeczce, spod której wymykały się długie kędziory. Wchodziła do wiejskiej izby i przesuwała się wśród zachwyconych rzędów wiejskich dziewcząt. Zazwyczaj przybywała w tej godzinie, kiedy pan Rivers wykładał katechizm. Spojrzenie odwiedzającej raniło zapewne głęboko serce młodego pastora. Rodzaj instynktu ostrzegał go o jej wejściu, choć jej nie widział, a mimo że wcale na drzwi nie patrzył, gdy ona się w nich ukazywała, na twarz jego wypływał rumieniec, a marmurowe na pozór rysy, chociaż nie łagodniały, zmieniały się nie do poznania i samym spokojem silniej wyrażały powściągany żar, niżby go zdradzić mogła gra muskułów twarzy i wymowa spojrzenia.