— Czy sprzyja mi naprawdę? — zapytał.

— Z pewnością, nikogo tak nie lubi jak pana. Mówi o panu ciągle, nie ma tematu, który by wolała albo którego by dotykała tak często.

— Bardzo mi miło słyszeć to, co pani mówi — rzekł — bardzo. Proszę, niechże pani jeszcze mówi przez kwadrans... Słucham pani.

Rzeczywiście wydobył zegarek i położył na stole, by odmierzać czas.

— Ale na cóż ja mam mówić — odpowiedziałam — kiedy pan zapewne przygotowuje jakiś ciężki cios zaprzeczenia albo kuje nowy łańcuch dla ujarzmienia swego serca?

— Niech pani sobie takich przykrych rzeczy nie wyobraża. Niech pani sobie raczej wyobrazi, tak jak ja sam to sobie wyobrażam, że ulegam, że opór we mnie topnieje, a miłość ziemska wzbiera w mej duszy jak świeżo otwarte źródło i zalewa błogą powodzią całe to pole, które tak starannie i z takim mozołem uprawiłem i pracowicie obsiałem ziarnami dobrych intencji i pełnych umartwień zamiarów. A teraz zatopiła je słodka fala, młode kiełki zalane, rozkoszna trucizna je pożera. Teraz widzę siebie w salonie w Vale Hall u stóp mojej młodej żony Rosamond. Ona przemawia do mnie słodkim głosem, patrzy na mnie oczami, które pani zręczna ręka tak dobrze odtworzyła, uśmiecha się do mnie tymi karminowymi wargami... Jest moja, ja jestem jej. To obecne życie, ten przemijający świat mi wystarcza. Cicho... Niech pani nic nie mówi... Serce moje pełne jest rozkoszy... Zmysły moje toną w zachwycie. Niech czas oznaczony minie spokojnie...

Usłuchałam go. Zegarek tykał, on oddychał cicho i prędko. Stałam w milczeniu. W ciszy upłynął kwadrans, Saint-John schował zegarek, położył obrazek na stole, wstał i stanął przed kominkiem.

— Otóż ten krótki okres czasu poświęciłem gorączkowej złudzie — powiedział. — Oparłem skroń o łono pokusy, kark mój dobrowolnie poddałem pod jej jarzmo, uwite z kwiatów. Dotknąłem ustami jej kielicha. Skroń moją parzył żar niezdrowy, pod kwiatami skrył się wąż jadowity, wino miało gorzki posmak. Jej obietnice są czcze, jej nadzieje fałszywe; rozumiem i wiem, że tak jest.

Patrzyłam na niego zdziwiona.

— To szczególne — mówił dalej — że chociaż kocham Rosamond Oliver tak gorąco, całą siłą pierwszej miłości, równocześnie mam spokojną, niezachwianą świadomość, że nie byłaby ona dobrą żoną dla mnie, że nie byłaby dobraną towarzyszką. Odkryłbym to po rocznym z nią pożyciu, po dwunastu miesiącach zachwytu i uniesienia nastąpiłoby całe życie rozczarowania i żalu. To wiem dobrze.