— Naturalnie. A teraz, żeby pana wynagrodzić za trafne odgadnięcie, obiecuję panu wymalować staranną i wierną kopię tego obrazka, o ile pan ją zechce przyjąć. Nie chciałabym bowiem tracić czasu i trudu na prezent, który by w oczach pana był bez wartości.
Patrzył w dalszym ciągu na obrazek. Im dłużej mu się przyglądał, tym mocniej trzymał go w ręku, tym silniej zdawał się go pragnąć.
— Jest podobieństwo! — szepnął. — Oko jest dobrze uchwycone, kolor, światło, wyraz są doskonałe. Uśmiecha się po prostu.
— Czy by to pana pocieszało czy raniło posiadać podobny obrazeczek? Niech mi pan to powie. Gdy pan będzie na Madagaskarze253 albo w Kaplandii254, albo w Indiach, czy byłoby to pociechą posiadać taką pamiątkę? A może jej widok przywodziłby wspomnienia, które by tylko denerwowały i bolały?
Teraz ukradkiem podniósł oczy, spojrzał na mnie niezdecydowany, zmieszany. Znowu zaczął patrzeć na obrazek.
— Chciałbym go posiadać, to pewne, inna rzecz, czy by to było słuszne i rozumne.
Odkąd się upewniłam, że Rosamond rzeczywiście mu sprzyja i że ojciec jej prawdopodobnie nie sprzeciwiałby się ich małżeństwu, mniej egzaltowana w moich poglądach od Saint-Johna, czułam w sercu silną ochotę wspierania ich związku. Zdawało mi się, że jeżeliby Saint-John został właścicielem wielkiej fortuny pana Olivera, mógłby przy jej pomocy zdziałać nie mniej dobrego, niż skazując siły swoje i wielkie zdolności na zmarnowanie pod słońcem tropikalnego klimatu. W tym przekonaniu odpowiedziałam teraz:
— O ile sądzić mogę, byłoby słuszniej i rozumniej, gdyby pan od razu sięgnął po sam oryginał.
On tymczasem już zdążył usiąść, położył obrazek na stole przed sobą i oparłszy czoło na obu rękach, wpatrywał się w niego z miłością. Przekonywałam się, że nie był ani gniewny, ani dotknięty moją śmiałością. Uważałam nawet, że to szczere poruszenie przedmiotu, który uważał za nietykalny, swobodne jego traktowanie — zaczynało sprawiać mu nową przyjemność, przynosić niespodziewaną ulgę. Ludzie zamknięci często istotnie więcej potrzebują szczerego omówienia swoich uczuć i smutków niż ludzie wylewni. Najsurowszy na pozór stoik255 jest ostatecznie człowiekiem i wdzierając się śmiało i z dobrą wolą w taką milczącą duszę, wyrządza się jej niekiedy pierwszorzędną przysługę.
— Panna Rosamond panu sprzyja, jestem tego pewna — powiedziałam, stając za jego krzesłem — a jej ojciec szanuje pana. Przy tym jest to przemiłe dziewczątko, może trochę bezmyślne, ale pan miałby dość myśli za oboje. Powinien pan się z nią ożenić.