Zaciągnął na portrecik ćwiartkę cienkiego papieru, na którym zwykła byłam opierać rękę przy malowaniu, ażeby kartonu nie zabrudzić. Co on nagle zobaczył na tym pustym papierze, niepodobna było odgadnąć, ale coś uderzyło jego oczy. Porwał raptownie ćwiartkę papieru, popatrzył na jej brzeg, potem rzucił na mnie spojrzenie, niewypowiedzianie dziwne i zupełnie niezrozumiałe — spojrzenie, ogarniające bystro mnie całą, postać moją, twarz, ubranie. Spojrzenie to przebiegło po mnie jak piorun, szybkie i jasne. Otworzył usta, jak gdyby chciał mówić, ale powstrzymał niewypowiedziane słowa.
— Co się stało? — zapytałam.
— Nic takiego — odpowiedział. A gdy kładł papier na swoje miejsce, widziałam, że oddarł zręcznie wąski paseczek od brzegu. Skrawek zniknął w jego rękawiczce, a wtedy, pośpiesznie skinąwszy mi głową, rzucił „Do widzenia!” i wyszedł.
— No proszę! To doprawdy przechodzi pojęcie! — zawołałam.
Teraz z kolei ja obejrzałam papier, nic jednakże nie znalazłam prócz kilku kolorowych plam tam, gdzie próbowałam farby na pędzelku. Zastanawiałam się przez chwilę nad tą zagadką, ale widząc, że jej nie rozwiążę — pewna zresztą, że nie ma większego znaczenia — wygnałam ją z myśli i niebawem o niej zapomniałam.
Rozdział XXXIII
Po odejściu Saint-Johna zaczął padać śnieg, zamieć trwała całą noc. Nazajutrz ostry wiatr sprowadził nowe opady, o zmroku dolina była zawiana i prawie niemożliwa do przebycia. Zamknęłam okiennice, położyłam chodniczek przed drzwiami, by śnieg nie mógł się pod nimi wciskać, poprawiłam ogień i posłuchawszy z godzinę zduszonej furii wichru, zapaliłam świecę. Wyciągnęłam Marmiona i zaczęłam czytać:
Dzień oświecił Norhamu259 wzgórek z zamkiem na szczycie,
Rzekę Tweed260, co głęboki nurt swój toczy obficie,
I gór Cheviot261 wyżynę skalistą.