Grube mury zamkowe i wieżyca obronna,

I dokoła zamczyska wstęga wałów ochronna

Zajaśniały poświatą złocistą.262

Tonąc w muzyce wiersza, zapomniałam wkrótce o burzy.

Usłyszałam jakiś hałas. To wiatr, pomyślałam, tak szarpie drzwiami. Ale nie, to Saint-John Rivers, nacisnąwszy klamkę, wyłaniał się z mroźnego huraganu, z wyjącej ciemnicy — i stał przede mną, wysoki, w zaśnieżonym płaszczu, biały jak góra lodowa. Zatrwożyłam się nieco, tak mało spodziewałam się tego wieczora jakiegoś gościa z zawianej doliny.

— Czy może jakieś złe wiadomości? — zapytałam. — Czy się coś stało?

— Nie. Jak bardzo łatwo pani się przestrasza — odpowiedział, zdejmując płaszcz i wieszając go przy drzwiach, ku którym z powrotem nogą podsunął chodniczek. Tupiąc, otrząsał śnieg z butów.

— Zabrudzę pani czystą podłogę — rzekł — lecz tym razem musi mi pani wybaczyć. — Przysunął się do ognia. — Ciężką miałem przeprawę, aby się tu dostać, mogę panią zapewnić — mówił, grzejąc ręce nad płomieniem. — W jednym miejscu zapadłem się do pasa, na szczęście śnieg jest jeszcze całkiem miękki.

— Ale dlaczego pan przyszedł? — nie mogłam powstrzymać pytania.

— Nie bardzo gościnne pytanie zadaje pani gościowi. Ale skoro pani pyta, odpowiem po prostu, że chciałem trochę z panią porozmawiać. Zmęczyły mnie nieme książki i puste pokoje. Przy tym od wczoraj doświadczam ciekawości osoby, która wysłuchawszy opowieści do połowy, niecierpliwie czeka dalszego ciągu.