Usiadł. Przypomniałam sobie jego wczorajsze dziwne zachowanie i naprawdę zaczęłam się lękać, że może umysł jego nie jest w zupełnym porządku. Jeżeli jednak był obłąkany, to był to obłęd wielce chłodny i spokojny. Nigdy nie widziałam takiego podobieństwa jego pięknej twarzy do rzeźby z marmuru jak właśnie w tej chwili, gdy odgarniał zwilżone włosy, a blask płomienia igrał swobodnie po jego bladym czole i równie bladym i stroskanym obliczu. Czekałam, spodziewając się, że powie coś, co bym mogła zrozumieć. On tymczasem podparł brodę ręką, a palcami zakrył usta — namyślał się. Uderzyło mnie to, że ręka jego była równie wychudzona jak twarz. Fala litości, może nieproszona, napłynęła mi do serca. Pod jej wpływem powiedziałam:
— Chciałabym, ażeby Diana albo Mary mogła przyjechać i zamieszkać z panem. To źle, że pan jest tak zupełnie sam, a przy tym pan się tak naraża i nie dba o swoje zdrowie.
— Wcale nie — odpowiedział. — Dbam o siebie w miarę. Jestem teraz zdrów. Co się pani we mnie nie podoba?
Powiedział to niedbale, z roztargnieniem i obojętnie, co mi dowiodło, że troskliwość moja, przynajmniej jego zdaniem, jest zbyteczna. Zamknęło mi to usta.
On tymczasem wciąż przesuwał palcem po górnej wardze, a wzrok jego sennie spoczywał na rozpalonym ognisku. Uważając, że należy coś powiedzieć, zapytałam, czy nie wieje na niego od drzwi za jego plecami.
— Nie, nie! — odpowiedział krótko i nieco sucho.
„Dobrze — pomyślałam — jeżeli nie chcesz mówić, to możesz milczeć. Zostawię cię w spokoju, wrócę do swej lektury”.
Niebawem Saint-John poruszył się, śledziłam jego ruchy. On jednak wyciągnął tylko portfel, dobył jakiś list, odczytał go w milczeniu, złożył, schował z powrotem i znowu popadł w zadumę. Niepodobna było czytać, mając taki żywy mebel przed sobą. Zniecierpliwiona nie mogłam usiedzieć spokojnie. Choćbym się miała narazić na szorstką odprawę, muszę mówić.
— Czy Diana albo Mary pisały w ostatnio?
— Nie, nie pisały od czasu tego listu, który pani pokazywałem tydzień temu.