— Jedno tylko niech mi pan powie — rzekłam. — Skoro pan wie tyle, będzie pan z pewnością mógł mi powiedzieć, co wiadomo o panu Rochesterze. Gdzie on jest? Co robi? Czy zdrów?
— Nie wiem nic o panu Rochesterze, w liście tyle tylko o nim wspomniano, że opowiada o swym oszukańczym i bezprawnym zamiarze ożenku. Niech pani raczej zapyta, jak się nazywa ta nauczycielka i jaki to ważny wypadek wymaga jej odszukania.
— Więc nikt się nie udawał do Thornfield Hall? Nikt się nie widział z panem Rochesterem?
— Przypuszczam, że nikt.
— Ale pisano do niego?
— Naturalnie.
— I co on odpisał? Kto ma jego listy?
— Pan Briggs mi donosi, że odpowiedź na swoje zapytania otrzymał nie od pana Rochestera, ale od pewnej pani. List był podpisany: Alice Fairfax.
Przejął mnie chłód, żal serce ścisnął. Najgorsze moje obawy wyraźnie się sprawdzały: pan Rochester najprawdopodobniej opuścił Anglię i w rozpaczy przeniósł się gdzieś na kontynent. I czymże zagłusza ciężkie cierpienia, jakiegoż upustu szuka tam dla silnych namiętności? Na to pytanie nie śmiałam sobie odpowiedzieć. O, mój biedny pan, niegdyś już prawie mój mąż, mój drogi Edward, tak go przecież często nazywałam!
— To musiał być niedobry człowiek — zauważył pan Rivers.