— Nie zna go pan, niech pan nie wypowiada sądu o nim — uniosłam się gorąco.
— Zgoda — odpowiedział spokojnie. — Co prawda, co innego mnie obchodzi, a nie ten pan. Muszę opowieść dokończyć. Skoro pani nie chce zapytać, jak się ta nauczycielka nazywa, muszę to pani sam powiedzieć. Niech pani zaczeka, mam tutaj to imię, zawsze najlepiej mieć ważne rzeczy wypisane czarno na białym.
I znowu z wolna wyciągnął portfel, otworzył go i przeszukał. Z jednej kieszonki wyciągnął skrawek papieru, pośpiesznie oddarty — poznałam po plamach ultramaryny i karminu brzeżek arkusika nakrywającego portret. Pan Rivers wstał, podsunął mi skrawek papieru przed oczy i wtedy przeczytałam, wypisane widocznie w jakiejś chwili roztargnienia moim własnym pismem, słowa „Jane Eyre”.
— Briggs pisał do mnie o Jane Eyre, ogłoszenia poszukują Jane Eyre, ja znałem Jane Elliott. Przyznaję, że miałem podejrzenia, ale dopiero wczoraj po obiedzie zamieniły się one w pewność. Pani przyznaje się do tego nazwiska i porzuca pani przybrane?
— Tak... Tak, ale gdzie jest pan Briggs? Może on o panu Rochesterze wie coś więcej od pana!
— Briggs jest w Londynie. Wątpię, czy on w ogóle wie cośkolwiek o panu Rochesterze, on się panem Rochesterem nie interesuje. A pani tymczasem zapomina o punktach ważnych, uganiając się za drobiazgami. Pani nie pyta, dlaczego pan Briggs pani poszukuje, jaki może mieć interes do pani.
— No dobrze, czegóż on chce ode mnie?
— Chce panią tylko powiadomić, że umarł stryj pani, pan Eyre z Madery. Zostawił pani cały majątek i pani jest teraz bogata. Tylko tyle, nic więcej.
— Ja!... Bogata?
— Tak jest... Pani, bogata, prawdziwa dziedziczka.