— Gdy ja się udam do Indii, Jane, mamże ja ciebie pożegnać? Jak to! To ty nie zamierzasz się udać do Indii?

— Powiedziałeś, że nie mogę, o ile nie zostanę twoją żoną.

— A ty nie chcesz zostać moją żoną? Trwasz w tym postanowieniu?

— Nie, Saint-John, ja nie będę twoją żoną. Trwam w tym postanowieniu.

— Jeszcze raz zapytuję, dlaczego ta odmowa? — rzekł.

— Przedtem powiedziałam, że dlatego, ponieważ mnie nie kochasz. Teraz odpowiem, iż dlatego, że mnie prawie nienawidzisz. Gdybym była twoją żoną, zabiłbyś mnie. Ty mnie teraz zabijasz.

Wargi jego i policzki zbladły, zupełnie zbielały.

— Ja bym ciebie zabił, ja ciebie zabijam? Słów takich nie wolno używać: są gwałtowne, niekobiece i nieprawdziwe. Świadczą o niefortunnym stanie duszy, godne są surowej nagany, byłyby nie do przebaczenia, gdyby nie to, że mamy obowiązek przebaczać bliźniemu do siedemdziesięciu siedmiu razy.

Taki więc był cały wynik. Gorąco pragnąc wymazać mu z duszy ślady poprzedniej obrazy, wycisnęłam na tej wrażliwej powierzchni piętno nowej, wypaliłam je gorącym żelazem.

— Teraz ty mnie naprawdę będziesz nienawidził — powiedziałam. — Daremnie usiłowałabym cię przebłagać. Widzę, że raz na zawsze zrobiłam sobie wroga.