Świeżą ranę zadały te słowa — tym głębszą, że dotknęły prawdy. Pobladłe wargi drgnęły chwilowym skurczem. Poznałam, jaki stalowy gniew wyostrzyłam. Serce się we mnie krajało.
— Najzupełniej fałszywie tłumaczysz moje słowa — przemówiłam, chwytając jego rękę. — Nie miałam zamiaru ani cię dotknąć, ani ci przykrości sprawić... Doprawdy nie miałam zamiaru!
Gorzko zaiste się uśmiechnął, szybko i stanowczo wysunął rękę z mojej.
— A teraz, przypuszczam, odwołujesz w ogóle obietnicę udania się do Indii? — przemówił po dość długiej pauzie.
— Owszem, udam się tam jako twoja pomocnica — odpowiedziałam.
Nastało bardzo długie milczenie. Jaka tam w tej przerwie toczyła się walka w jego duszy pomiędzy naturą ludzką a Łaską, tego nie wiem. Wiem tylko, że dziwne błyski migotały mu w oczach i dziwne cienie przelatywały po twarzy. W końcu przemówił:
— Już ci przedtem dowiodłem, jaki to nonsens, by niezamężna kobieta w twoim wieku chciała towarzyszyć za granicę nieżonatemu, młodemu mężczyźnie. Wykazałem ci to w taki sposób, że, sądziłbym, powinno by cię to powstrzymać od powracania do tego pomysłu. Żałuję, żeś to uczyniła, ze względu na ciebie...
Przerwałam mu. Namacalna wymówka dodała mi od razu odwagi.
— Bądźże rozsądny, Saint-John, zaczynasz mówić od rzeczy. Udajesz, że cię razi to, co powiedziałam. Ciebie to naprawdę nie razi, gdyż przy twojej wyższości umysłowej nie możesz być ani tak tępy, ani tak zarozumiały, ażeby źle zrozumieć, co ja mam na myśli. Jeszcze raz powiem: będę twoim „wikarym”, jeżeli chcesz, ale nigdy nie będę twoją żoną.
Znowu pobladł, aż posiniał, ale tak jak przedtem doskonale opanował wzburzenie. Odpowiedział z naciskiem, chociaż spokojnie: