Po skończonej modlitwie pożegnałyśmy się z Saint-Johnem, miał wyjechać nazajutrz rano bardzo wcześnie. Diana i Mary, ucałowawszy go, wyszły z pokoju, stosując się, zdaje mi się, do podszepniętego przez Saint-Johna życzenia. Ja podałam mu rękę i życzyłam dobrej drogi.

— Dziękuję ci, Jane. Jak powiedziałem, powrócę z Cambridge za dwa tygodnie, ten okres zatem pozostaje ci jeszcze do namysłu. Gdybym słuchał głosu dumy, już ani słowem nie wspomniałbym o małżeństwie z tobą. Ale ja słucham głosu obowiązku i stale mam na oku główny mój cel: czynić wszystko dla chwały Boga. Pan mój był cierpliwy i ja cierpliwy będę. Nie mogę wydać cię na zgubę jak naczynie gniewu; żałuj, postanawiaj, póki czas jeszcze. Pamiętaj, że nakazano nam pracować, póki dzień, że ostrzeżono nas, iż „Nadchodzi noc, kiedy nikt nie będzie mógł działać”279. Pamiętaj o losie bogacza, który za życia dostąpił wszystkiego co dobre. Niech Bóg ci da siłę, ażebyś wybrała tę lepszą cząstkę, która ci odebrana nie będzie!

Wymawiając te ostatnie słowa, położył mi rękę na głowie. Mówił poważnie, łagodnie. Spojrzenie jego nie było, to prawda, spojrzeniem kochanka patrzącego na ukochaną, ale spojrzeniem pasterza odwołującego zbłąkaną owieczkę albo raczej anioła stróża strzegącego duszy, za którą jest odpowiedzialny. Wszyscy ludzie wybitni, czy są uczuciowi czy nie, czy są zapaleńcami, idealistami lub despotami, o ile tylko są szczerzy, mają swoje chwile wzniosłości, a wtedy podbijają i panują. Poczułam uwielbienie i cześć dla Saint-Johna, cześć tak silną, że poryw jej poniósł mnie od razu tam, dokąd dotrzeć wzbraniałam się tak długo. Wzięła mnie pokusa zaprzestać z nim walki, rzucić się w strumień jego woli i jego istnienia i tam zatracić własny byt. Czułam, że nieomal tak zniewala mnie on teraz, jak niegdyś, w odmienny sposób opanowywał mnie inny. Byłam szalona — tak wtedy, jak w tej chwili. Ustąpić wtedy byłoby występkiem przeciw zasadom, ustąpić teraz — występkiem przeciw rozumowi. Tak to widzę obecnie, gdy patrzę wstecz po upływie czasu. W owej chwili nie uświadamiałam sobie, że to szaleństwo.

Stałam bez ruchu pod dotknięciem ręki Saint-Johna jak pod dotknięciem wtajemniczającego mnie kapłana. Dotychczasowe odmowy były zapomniane, lęki przezwyciężone, zmaganie się spętane bezwładem... To, co niemożliwe — moje małżeństwo z Saint-Johnem — szybko stawało się możliwością. Wszystko zmieniało się z gruntu nagłym przewrotem. Religia wołała, anieli wzywali, Bóg rozkazywał. Życie zwijało się jak kartka papieru, otwierały się bramy śmierci ukazując wieczność — zdawało się, że za bezpieczeństwo tam i szczęśliwość wszystko, co tutaj, można było poświęcić w jednym momencie. Ciemny pokój pełen był wizji...

— Czy mogłabyś się teraz zdecydować? — zapytał misjonarz.

Pytanie zadał tonem łagodnym, przyciągnął mnie ku sobie równie łagodnie. Och, ta łagodność! O ileż ona potężniejsza jest od siły! Mogłam się oprzeć gniewowi Saint-Johna, ale stawałam się giętka jak trzcina pod wpływem jego dobroci. Pomimo to wiedziałam przez cały ten czas, że nawet jeżeli ustąpię teraz, tym niemniej każe mi on kiedyś pożałować moich poprzednich buntów. Natury jego nie zmieniła jedna godzina uroczystej modlitwy, dodała jej tylko wzniosłości.

— Mogłabym się zdecydować, gdybym tylko była pewna — odpowiedziałam. — Gdybym tylko była przekonana, że Bóg tego chce, bym za ciebie wyszła, mogłabym zaraz tutaj przyrzec, że zostanę twoją żoną... Niech by potem, co chce, było!

— Moje modlitwy zostały wysłuchane! — zawołał Saint-John.

Przycisnął silniej ręką moją głowę, jak gdyby brał mnie na własność, otoczył mnie ramieniem, prawie jakby mnie kochał (mówię prawie — znałam różnicę, gdyż czułam, co to jest być kochaną, ale tak jak on wyrzuciłam miłość poza nawias i miałam na myśli tylko obowiązek). Zmagałam się teraz z niejasnością wewnętrznego widzenia, które wciąż jeszcze przesłaniały chmury. Szczerze, głęboko, gorąco pragnęłam uczynić to, co było słuszne, i to tylko, i jedynie. „Pokaż, pokaż mi drogę, o Panie!” modliłam się w duszy. Byłam tak podniecona jak jeszcze nigdy.

W całym domu panowała cisza, gdyż sądzę, że już wszyscy wtedy, z wyjątkiem Saint-Johna i mnie, udali się byli na spoczynek. Jedyna świeca dogasała, pokój zalewała poświata księżyca. Serce moje biło silnie i szybko, słyszałam jego uderzenia. Nagle stanęło, a jakieś nieopisane uczucie przejęło je na wskroś, przebiegając równocześnie do głowy i kończyn. To uczucie nie było podobne do prądu elektrycznego, ale było równie silne, równie dziwne, równie niepokojące. Podziałało na moje zmysły w ten sposób, że najżywsza ich dotychczasowa aktywność wydawała się tylko bezwładem, z którego teraz budziły się wyostrzone. Oko i ucho natężały się w oczekiwaniu, podczas gdy całym ciałem wstrząsał dreszcz.