— A przy tym — ciągnęłam dalej — chociaż teraz mam dla niego tylko siostrzane uczucie, to jednak mogę sobie wyobrazić, że mogłabym, będąc zmuszona być jego żoną, powziąć ku niemu rodzaj miłości dziwnej, nieuchronnej i dręczącej, ponieważ on jest takim niezwykłym człowiekiem. W takim razie los mój stałby się niewypowiedzianie ciężki. On by wcale nie pragnął, bym ja go kochała, a gdybym okazywała uczucie, dałby mi do zrozumienia, że to rzecz zbyteczna, jemu niepotrzebna, we mnie niewłaściwa. Ja wiem, że on tak by postępował.

— A jednak Saint-John to dobry człowiek — rzekła Diana.

— On jest dobry i wielki, tylko, sam do wielkich celów zdążając, bezlitośnie zapomina o uczuciach i prawach ludzi małych. Toteż lepiej, by ci nikli, nic nieznaczący schodzili mu z drogi, ażeby ich w rozpędzie nie zdeptał. Ale otóż wraca! Pożegnam cię, Diano.

I pośpieszyłam na górę, widząc, że Saint-John wchodzi do ogródka.

Musiałam się jednak spotkać z nim jeszcze przy kolacji. Wydawał się równie spokojny i zrównoważony jak zawsze. Myślałam, że nie zechce mówić do mnie i pewna byłam, że z projektem małżeńskim dał już za wygraną. Ale w obu przypuszczeniach omyliłam się. Zwracał się do mnie tak jak zawsze, tak jak zawsze przynajmniej w ostatnim czasie, z wyszukaną grzecznością. Wezwał niewątpliwie pomocy Ducha Świętego do opanowania gniewu, który w nim wznieciłam, a teraz wierzył w swoje przebaczenie.

Na czytanie wieczorne przed modlitwami wybrał dwudziesty pierwszy rozdział Objawienia. Zawsze było miło słuchać, gdy z ust jego padały słowa Biblii, nigdy jego piękny głos nie brzmiał tak słodko i pełno, nigdy szlachetna prostota jego zachowania nie sprawiała takiego wrażenia, jak gdy wygłaszał wyroki Boże. Dzisiaj głos ten przybrał ton jeszcze bardziej uroczysty. Saint-John, siedząc pośrodku rodzinnego kółka (majowy księżyc świecił przez niezasłonięte okna), pochylony nad wielką, starą księgą, odczytywał z kart jej wizje nowego nieba i nowej ziemi — obwieszczał, jak Bóg przyjdzie zamieszkać między ludźmi, obetrze łzy z ich oczu, zapowie, że już nie będzie ani śmierci, ani smutku, ani łez, ani bólu, gdyż wszystko, co było, minęło.

Następujące słowa dziwnie mnie przejęły, zwłaszcza gdy poznałam po lekkiej, nieokreślonej zmianie głosu, że wymawiając je zwrócił wzrok na mnie:

„Zwycięzca to odziedziczy i będę Bogiem dla niego, a on dla mnie będzie synem. A dla tchórzów, niewiernych, obmierzłych, zabójców, rozpustników, guślarzy, bałwochwalców i wszelkich kłamców: udział w jeziorze gorejącym ogniem i siarką. To jest śmierć druga”278.

Odtąd wiedziałam, jakiego losu Saint-John się dla mnie obawiał. Spokojny, opanowany triumf, zaprawiony tęskną powagą, brzmiał w zapowiedzi ostatnich wspaniałych wierszy tego rozdziału. Czytający wierzył, że imię jego już jest zapisane w księdze żywota Baranka, i tęsknił do tej godziny, która go wpuści do tej stolicy, do której królowie ziemi wnoszą chwałę swoją i zaszczyty, która nie potrzebuje słońca ani księżyca, gdyż chwała Boża ją oświetla, a Baranek jest jej jasnością.

W modlitwie po odczytaniu tego rozdziału skupiła się cała energia Saint-Johna. Słuchając tej modlitwy, zrazu jej się dziwiłam. Gdy trwała dalej i rosła w siłę, zaczęła mnie wzruszać, w końcu napełniła mnie czcią. On tak szczerze czuł wielkość i dobroć swego zamierzenia. Ci, co słuchali, jak się modlił o powodzenie, również je musieli odczuwać.