— Popełniłaś kapitalne głupstwo. Pomyśl, jakiego podjęłaś się zadania: bezustannego trudu tam, gdzie nawet silnych trud zabija, a ty jesteś słaba. Saint-John, ty go znasz, wymagałby od ciebie niemożliwości. On by ci nie pozwalał na odpoczynek mimo nieznośnych upałów, a zauważyłam niestety, że czego on od ciebie zażąda, ty się silisz spełnić. Dziwię się, że zdobyłaś się na odwagę odmówienia mu ręki. Czy go nie kochasz, Jane?
— Jako męża nie.
— A jednak to taki piękny mężczyzna.
— A ja taka brzydka. Widzisz, Diano, nie bylibyśmy dobrani.
— Ty, brzydka? Wcale nie. Jesteś zbyt ładna i dobra, by się dać żywcem usmażyć w Kalkucie277.
I znowu zaczęła mnie poważnie zaklinać, bym porzuciła wszelką myśl wyruszenia z jej bratem.
— Będę musiała, istotnie, porzucić tę myśl — odpowiedziałam — bo gdy przed chwilą powtórzyłam, że gotowa jestem służyć mu za wikarego, okazał się zgorszony moją nieprzyzwoitością. Dał mi do zrozumienia, że uważa, iż postąpiłam niewłaściwie, ofiarując się towarzyszyć mu niezamężna, tak jak gdybym od początku nie spodziewała się znaleźć w nim brata i jakbym go za brata nie uważała.
— Dlaczego mówisz, Jane, że on ciebie nie kocha?
— Chciałabym, żebyś słyszała, co on sam o tym mówi. Wiele razy mi tłumaczył, że nie dla siebie, ale dla swojego zawodu szuka towarzyszki. Powiedział mi, że jestem stworzona do pracy, nie do miłości. Co zresztą jest zapewne prawdą. Tylko że moim zdaniem, jeżeli nie jestem stworzona do miłości, to wynika z tego, że nie jestem stworzona do małżeństwa. Czy nie byłoby to dziwne, Diano, być na całe życie przykutą do człowieka, który by widział we mnie jedynie pożyteczne narzędzie?
— Byłoby to nienaturalne i nieznośne, mowy o tym być nie może!