— Miałby wyjechać z Anglii? Gdzieżby zaś! Nie chciał wychodzić za próg swego domu, chyba nocą. A wtedy to jak duch chodził i chodził po ogrodzie, po sadzie, zupełnie jak gdyby był zmysły postradał. Bo, wedle mojego rozumienia, tak też i było, gdyż tak żwawego, śmiałego, mądrego pana, jakim on był, zanim mu ta maleńka nauczycielka weszła w drogę, nie widziała pani chyba w życiu. Nie lubował się w winie, kartach czy zakładach na wyścigach, jak to wielu czyni. I nie był znów tak bardzo piękny, ale miał rzadką, prawdziwie męską odwagę i wolę. Bo widzi pani, ja go znałem od małego chłopca. Nieraz wzdychałem: bodajby w morzu byli utopili tę pannę Eyre, zanim przybyła do Thornfield Hall!

— Więc pan Rochester był w domu, gdy ten pożar wybuchł?

— Tak, owszem, był. I poszedł na strych, gdy wszystko gorzało na górze i na dole, i wyrzucił służące z łóżek, i sam im pomógł zejść na dół, a potem wrócił, żeby wariatkę żonę wydobyć z jej celi. A wtedy zawołano do niego, że ona jest na dachu, gdzie też stała wymachując rękoma nad blankami i wydając takie krzyki, że można ją było słyszeć z odległości mili. Ja sam ją słyszałem i widziałem na własne oczy. Była to wielka kobieta i miała długie, czarne włosy. Na tle płomieni widać je było, spływające na plecy. Byłem świadkiem i wielu innych oprócz mnie również, jak pan Rochester przez drzwi w dachu wychodził na dach. Słyszeliśmy, jak wołał: „Bertha!”. Widzieliśmy, jak zbliżał się do niej, a wtedy, proszę pani, ona wrzasnęła i padła z dachu na bruk.

— Nieżywa?

— Nieżywa! Tak, nieżywa jak te kamienie jej mózgiem i krwią umazane.

— Wielki Boże!

— Tak, pani, to było straszne!

Wzdrygnął się.

— A później? — dopytywałam.

— I cóż, proszę pani, później dom spalił się do fundamentów, pozostały tylko szczątki murów.