Lękałam się jeszcze gorszej wieści. Lękałam się, że zmysły postradał. Zbierając siły, zapytałam, co spowodowało to nieszczęście.
— To wszystko z winy jego odwagi i mógłby ktoś powiedzieć, poniekąd z winy jego dobroci, proszę pani. Nie chciał opuścić domu, dopóki wszyscy przed nim nie wyszli. Gdy na koniec schodził po wielkich schodach, kiedy już pani Rochester rzuciła się była z blanków, rozległ się wielki łoskot i wszystko się zapadło. Wyjęto go spod gruzów żywego, ale srodze pokaleczonego. Któraś z belek upadła w ten sposób, że częściowo go osłaniała, ale jedno oko miał wybite, a rękę tak zmiażdżoną, że pan Carter, chirurg, musiał ją od razu amputować. Drugie oko zapalone i na to oko zaniewidział. Jest teraz bezradny, doprawdy, niewidomy i kaleka.
— Gdzież jest pan Rochester? Gdzie obecnie mieszka?
— W Ferndean, we dworze na fermie, którą posiada, trzydzieści mil stąd. Jest to ustronne, smutne miejsce.
— Kto jest tam przy nim?
— Stary John i jego żona, nie chciał mieć nikogo więcej. Powiadają, że jest do ostateczności zgnębiony.
— Czy posiada pan jakiś ekwipaż?
— Mamy tu powozik, proszę pani, bardzo porządny powozik.
— Niechże pan każe natychmiast zaprzęgać. A jeżeli pański pocztarek282 potrafi mnie dowieźć do Ferndean dziś jeszcze przed wieczorem, zapłacę panu i jemu dwa razy tyle, ile pan zwykle żąda za wynajem.