Pan Rochester wstrzymał rękę, niosącą wodę do ust, nadsłuchując, ale wnet wypił i odstawił szklankę.
— To ty jesteś, Mary, nieprawdaż?
— Mary jest w kuchni... — odpowiedziałam.
Wyciągnął rękę szybkim ruchem, ale nie widząc, gdzie stoję, nie dotknął mnie.
— Kto to jest? Kto to jest? — zapytał, wyraźnie starając się zobaczyć tymi niewidzącymi oczami. Daremny, żałosny wysiłek. — Proszę odpowiedzieć! Proszę znów przemówić! — powiedział głośno i rozkazująco.
— Czy życzy pan sobie trochę więcej wody? Połowę tego, co było w szklance, wylałam — rzekłam.
— Kto to jest? Co to jest? Kto mówi?
— Pilot mnie poznał i John i Mary wiedzą, że tu jestem. Przybyłam dopiero dziś wieczór — odpowiedziałam.
— Wielki Boże! Co za złudzenie mnie nachodzi! Co za słodkie szaleństwo mnie ogarnęło!
— Nie złudzenie... Nie szaleństwo. Duch pański zbyt silny, by dać się omotać złudzeniu, zbyt zdrów, by ulec szaleństwu.