— Okrutny, okrutny zbiegu! O, Jane, co ja czułem, gdy spostrzegłem, że uciekłaś z Thornfield i gdy nie mogłem nigdzie cię odnaleźć. Gdy, zbadawszy twój pokój, przekonałem się, że nie zabrałaś pieniędzy ani niczego, co by ci je mogło zastąpić! Naszyjnik z pereł, który ci ofiarowałem, leżał nietknięty w pudełku, kuferki pozostawiłaś zamknięte, sznurami związane, tak jak były przygotowane do podroży poślubnej. Zadawałem sobie pytanie, jak sobie da radę moje kochanie, tak ogołocone ze wszystkiego, bez grosza? I jakże dałaś sobie radę? Opowiedz mi teraz.
Tak zachęcona, zaczęłam mu opowiadać zeszłoroczne przeżycia. Złagodziłam znacznie wspomnienia owych trzech dni wędrówki i głodu, chcąc mu oszczędzić daremnej przykrości. A jednak to trochę, co mu opowiedziałam, zraniło wierne serce jego głębiej, niż sądziłam. Dowodził, że nie powinnam go była opuszczać bez żadnych środków do życia, powinnam mu była powiedzieć o swym zamiarze. Powinnam mu była zaufać, nigdy nie byłby mnie zmuszał, bym została jego kochanką. Choć tak gwałtowny wydawał się w swojej rozpaczy, w istocie kochał mnie zanadto szczerze i czule, by chcieć być moim tyranem. Byłby mi oddał połowę swego majątku, nie żądając nawet pocałunku w zamian, bylebym nie odeszła sama w świat szeroki. Musiałam, był tego pewien, więcej przecierpieć, niż mu wyznaję...
— Już mniejsza z tym, co przecierpiałam, trwało to krótko.
I teraz zaczęłam mu opowiadać, jak zostałam przyjęta w Moor House, jak otrzymałam posadę nauczycielki itd., następnie, jak spadł na mnie majątek, jak odkryłam moich krewnych. Oczywiście imię Saint-Johna Riversa pojawiało często w moim opowiadaniu. Gdy skończyłam, pan Rochester to imię natychmiast podchwycił.
— Ten Saint-John zatem jest twoim kuzynem?
— Tak jest.
— Wspominałaś go często. Czy ty go lubisz?
— To bardzo dobry człowiek, panie, nie mogłabym go nie lubić.
— Dobry człowiek. Czy to znaczy, że jest to przyzwoity i godny, pięćdziesięcioletni mężczyzna czy też co innego?
— Saint-John, panie, ma dopiero dwadzieścia dziewięć lat.