I znowu, gdy mnie całował, bolesne myśli zasępiły mu lica.
— Mój wzrok wygasły! Moje kalectwo... — szepnął z żalem.
Popieściłam go na pociechę. Wiedziałam, o czym myślał, i miałam ochotę przemówić za niego, ale nie śmiałam. Gdy odwrócił twarz na chwilę, ujrzałam łzę, spływającą spod przywartej powieki i staczającą się po policzku. Serce moje wezbrało.
— Nie lepszy jestem od starego piorunem strzaskanego kasztanu w Thornfield — zauważył. — Jakież prawo miałaby tamta ruina prosić pnącz młody, by świeżością zakrył jej zniszczenie?
— Nie jesteś żadną ruiną, panie mój, nie jesteś drzewem, strzaskanym piorunem, młody jesteś i mocny. Rośliny rosnąć będą dokoła ciebie, czy będziesz je o to prosił czy nie, gdyż cieszyć się będą twoim dobroczynnym cieniem. A rosnąc, ku tobie będą się chylić i dokoła ciebie oplatać, ponieważ siła twoja tak bezpieczne da im oparcie.
Uśmiechnął się znowu, widocznie pocieszały go moje słowa.
— Ty masz na myśli przyjaciół, Jane? — zapytał.
— Tak, przyjaciół — odpowiedziałam, wahając się trochę, miałam bowiem na myśli więcej niż przyjaciół, ale nie wiedziałam, jakiego innego mam użyć słowa. On mi dopomógł.
— Ach, Jane! Ale ja żony pragnę!
— Doprawdy, panie?