— Nie mogę pomyśleć o pozostawieniu tu pana o tak późnej godzinie, na tej pustej drodze, dopóki nie zobaczę, że pan może wsiąść na konia.

Spojrzał na mnie, gdy to powiedziałam. Dotychczas nie wiem, czy zwrócił oczy w moją stronę.

— Sądzę, że pani sama powinna być już w domu — rzekł — jeżeli ma pani dom tu gdzieś w pobliżu. Gdzie pani mieszka?

— Tam na dole. Ja się wcale nie boję być na polu, chociaż późno, skoro księżyc świeci. Chętnie pobiegłabym do Hay, gdyby pan sobie życzył, idę tam list wrzucić na pocztę.

— Mieszka pani tam na dole? Czy pani ma na myśli ten dom z blankami? — tu wskazał Thornfield Hall, na które księżyc rzucał mgławe światło, rysując dom — wyraźny i blady na tle lasu.

— Tak, właśnie.

— Czyj to jest dom?

— Pana Rochestera.

— Czy pani zna pana Rochestera?

— Nie, nigdy go nie widziałam.